Wiem, bo w tym roku wróciłem z rodziną do Egiptu po kilku latach przerwy i momentami musieliśmy udawać Niemców albo Szwedów. Po to, by nikt nie pomyślał, że pochodzimy z kraju, w którym jak człowiek chce napić się przez słomkę, to wyciąga ją sobie z butów.
Nie chcę generalizować, bo w hotelu było też mnóstwo normalnych Polaków. Ale trudno było ich rozpoznać, bo udawali Niemców albo Szwedów. Natomiast ci, którzy dawali się rozpoznać jako nasi, ewidentnie źle zinterpretowali opis wycieczki. Byli przekonani, że za 3 tys. zł nie kupili tygodniowych wczasów, tylko cały hotel. Na własność. Razem z obsługą, leżakami i pierwszeństwem do każdego podgrzewacza z ryżem.
Panowie zjawiali się na kolacji z nagimi torsami, eksponując wytatuowane smoki, tygrysy, orły i hasła w stylu „Dopuki walczysz, jesteś zwycięscom”. Z kolei ich damy były ubrane tak, jakby miały nadzieję, że przy stoliku obok będzie siedział znany reżyser filmów akcji i da im angaż. Wiecie, takiej akcji, w których „broń jądrowa” oznacza coś zupełnie innego niż w filmach z Bondem. Między zupą a drugim daniem panie i panowie zgodnie dochodzili do wniosku, że grająca na żywo wierna kopia Vannessy-Mae może spadać i w ruch szedł Zenek i Bayer Full puszczany z przenośnego głośnika.

Treść całej opinii można przeczytać w piątkowym wydaniu Dziennika Gazeta Prawna oraz na portalu gazetaprawna.pl.