Nigdy nie mogłam pojąć, jak to jest możliwe, by taka matematyczna potwarz w ogóle istniała. No bo jak to? Żeby nie dało się tak wymierzyć kroku, by dwie rzekomo niewspółmierne ulice przejść od początku do końca, bez doskoku? Coś jest nie tak ze wszechświatem, jeśli zdarzają się przedmioty, których nijak nie można zmierzyć tą samą miarą.

A jednak godzę się na istnienie niewspółmierności, inaczej niż większość tych ludzi dobrej woli, którzy zawsze się budzą z dogmatycznej drzemki, kiedy pojawia się jakieś budzące szczególną panikę tłumu zagrożenie dla życia i zdrowia – jak choćby epidemia albo terroryzm – i wyciągają z tylnej kieszeni auta, wanny i drabiny.

>>> Czytaj też: Wirus dobija branżę motoryzacyjną. "Najbliższe miesiące będą traumatyczne"

O co z nimi chodzi? O to, że np. w latach 1994–2003 we wszystkich krajach OECD w wypadkach drogowych zginęło średnio 390 razy więcej ludzi niż z powodu ataków terrorystycznych (N. Wilson i G. Thomson, „Deaths from international terrorism compared with road crash deaths in OECD countries”). Nicholas Kristof w „New York Timesie” donosił kilka lat temu, że przeciętny Amerykanin ma o wiele większą szansę roztrzaskać się, spadając z drabiny, niż zostać zabitym przez terrorystę – nie mówiąc już o poślizgnięciu się w wannie, bo wygląda na to, że w łazienkach Ponury Kosiarz urządza sobie niezłe dożynki.

Zagrożenie koronawirusem, który wykluł się w Chinach, budzi do życia podobny argument. Jacek Dehnel, jeden z naszych najlepszych pisarzy, napisał ostatnio na Facebooku: „Ja rozumiem, 41 osób zmarło [po zarażeniu]. To nie przelewki. W Polsce od smogu umiera rocznie 45 tys. naszych współobywateli […] 123 ofiary dziennie. To znaczy, że Polski smog ma codziennie trzy razy taki urobek, co dotychczas cała chińska epidemia, przed którą wszyscy panikują”.

Cały artykuł przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP