Gdy kanclerz Bismarck wprowadzał w Niemczech w 1889 roku emerytury, wiek emerytalny wynosił 70 lat. Jednak ludzie umierali wtedy zwykle koło pięćdziesiątki. Ten oburzający dla większości mechanizm jest wciąż obecny w wielu krajach Azji Południowo-Wschodniej, gdzie niewielkie emerytury otrzymuje tylko grupa pracowników państwowych oraz wojsko.

Niektórzy twierdzą, że to może się zmienić. Podupadająca dzietność w krajach takich jak Korea Południowa czy Japonia, gdzie są już rozwinięte systemy emerytalne, przyczynia się do powstawania spirali długów w podobny sposób, w jaki powstają one w Europie i Polsce. Co istotne, również biedniejsze kraje z tego regionu: Chiny, Indonezja, Tajlandia czy Wietnam, demograficznie wyhamowują. Za 30 lat co trzeci Chińczyk będzie miał 60 lat. Około 2050 roku Chiny będą w katastrofalnej sytuacji demograficznej. Do tego czasu cały świat kompletnie się zmieni. W 2050 roku osób w podeszłym wieku będzie znacznie więcej niż dzieci.

Z raportu Asian Development Outlook, przygotowanego w 2011 roku przez Asian Developement Bank, wynika, że to zmiany demograficzne spowodują zahamowanie boomu gospodarczego w krajach Azji Południowo-Wschodniej. Obawy analityków o Chiny, które mogą szybciej się zestarzeć, niż wzbogacić, są więc uzasadnione. Jednak politycy krajów azjatyckich już zdają sobie sprawę, że wprowadzenie takich systemów socjalno-emerytalnych, jakie funkcjonują m.in. w Polsce, byłyby ekonomiczną katastrofą. Dlaczego? To, czym jest nasz system emerytalny, najlepiej ilustruje historia sprytnego włoskiego emigranta Charlesa Ponziego.

Ponzi w 1903 r. przybył do Bostonu, mając jedynie 2,5 dolara w kieszeni. Po serii oszustw i kar więzienia wpadł na perfekcyjny pomysł – oferował inwestycje w znaczki nabywane we Włoszech, zamieniane potem na inne znaczki w USA. Oferował 50 proc. zysku z zainwestowanego kapitału w 45 dni. Wypłacał pieniądze wcześniejszym inwestorom z późniejszych wpłat, tworząc model piramidy finansowej. Gdy wątpiący decydowali się na wypłatę gotówki, Ponzi z kamienną twarzą oddawał wszystko, wzmacniając swoją wiarygodność. I tak kilka razy. W końcu jednak pomysł uległ demistyfikacji. Ponzi stracił wszystko, inwestorzy też.

Ta historia ma swoich fanów, wśród których są też ekonomiści. Prawdopodobnie trudno byłoby znaleźć temat, w którym zgadzaliby się nobliści Paul Krugman, Milton Friedman i Paul Samuelson. A jednak! Wszyscy oni uważali bismarckowski system emerytalny za modelowy przykład schematu Ponziego. Niestety, tego typu piramidy finansowe nie trwają bez końca. O ile w XIX wieku emeryturę otrzymywali jedynie ci, którzy dożyli do 70 lat, o tyle pojawienie się welfare state sprawiło, że opiekuńcze państwo zaczęło rościć sobie prawo do regulowania emerytur i zmniejszania wieku emerytalnego. Polski problem, czy podwyższać wiek emerytalny, jest obecnie aktualny na całym świecie, ale teraz, gdy piramida zaczęła się chwiać, powstaje pytanie – co z nią zrobić? Może warto zerknąć na rozwiązania azjatyckie.

Mało kto zdaje sobie sprawę, jak wielkim bogactwem w Azji jest kapitał demograficzny. Pracujący ciężko i za niską stawkę ludzie stanowią siłę wyciągającą Azję z biedy. Jeżeli dodamy do tego, że kraje azjatyckie tradycyjnie dają pierwszeństwo wzrostowi gospodarczemu przed systemami zabezpieczeń społecznych, szybko okaże się, że ich obywatele wolą poświęcić własne wygody, aby kolejne pokolenia mogły się cieszyć bogactwem. Azja Południowo-Wschodnia to świat, w którym każdy pracuje tak długo, jak chce, a państwo nie wchodzi obywatelom w drogę, nie wyciąga łap po horrendalne składki emerytalne. Obywatele w zamian niczego od państwa nie oczekują. To ekonomicznie efektywne, lecz w Azji zmienia się struktura wieku obywateli. Pojawi się pokusa, by wprowadzić system emerytalny taki jak nasz. Jednak, by zachować efektywność, państwa w Azji Południowo-Wschodniej powinny unikać stworzenia welfare state. To trudny wybór.

Społeczeństwa zachodnie przyjmują reformę emerytalną raczej ze zrozumieniem, bo ich obywatele nie żywią niechęci do pracy, a ich system gospodarczy to umożliwia. Podobnie Azjaci. Polacy nie chcą pracować, bo nie daje to im wyższego poziomu życia niż u emeryta. Polskie problemy finansowe wynikają m.in. z tego, że praca jest tu wysoko opodatkowana niczym benzyna, a jednocześnie niektórzy emeryci, w szczególności mundurowi, pobierają wysokie świadczenia. Uprzywilejowane grupy utrzymywane są z wysokich podatków, a haracz na pracę sprawia, że pracuje jedynie 56 proc. ludzi w wieku produkcyjnym. Innymi słowy, musimy być dłużej aktywni zawodowo, bo brakuje pieniędzy na nasze emerytury, a niekoniecznie dlatego że dłużej żyjemy.

A może powinniśmy uczyć się od Azjatów etosu pracy? Problem bowiem nie leży w tym, aby podwyższyć wiek emerytalny, ale jak sprawić, byśmy pracowali efektywniej i to polubili. Specyfika polskiego etatu jest taka, że zadania wykonane w ciągu ośmiu godzin można zrealizować znacznie szybciej. Wiele osób to widzi i zakłada firmy. Polacy już dostrzegają, że to praca nadaje życiu sens, ale przepisy i system emerytalny wciąż tkwią w gospodarce, która narodziła się u nas po drugiej wojnie światowej. Zmierzamy w kierunku świata, w którym ludzie będą pracować elastyczniej, krócej i wykonywać tylko to, co przynosi realne korzyści. Lepsze jest czerpanie przyjemności z pracy i samodzielne oszczędzanie niż oglądanie się na wysokość ustalonego przez rząd wieku emerytalnego. Nie korzystajmy ze sfałszowanej mapy, która prowadzi na manowce.