Urzędnicy mianowani to elita: dobrze wykwalifikowani, wydajni, znają języki obce, a ich kompetencje potwierdza państwowy egzamin. Tyle że jest ich za mało: w administracji rządowej stanowią 5 proc. Od kiedy w życie weszła nowa ustawa o służbie cywilnej, nie udało się ich liczby w istotny sposób zwiększyć. W 2009 r. było ich 5,9 tys., dziś jest o tysiąc więcej. A miało być 12 tys.

Jak na ironię w tym samym czasie urzędy na potęgę przyjmowały zwykłych pracowników: ich liczba wzrosła ze 110 tys. w 2009 roku do 118 tys. dziś. Taka sytuacja to porażka rządu. Tym bardziej dotkliwa, że wypracowana na własne życzenie. Bo to rząd w ramach oszczędności co roku obniża limity mianowań. Dlatego, choć chętnych nie brakuje, urzędników o tym statusie jest wciąż za mało.

>>> Czytaj też: Niesprawne urzędy hamują wzrost gospodarczy w Polsce

Problem m.in. w pieniądzach. Urzędnik mianowany dostaje do pensji dodatek od 900 zł do 5 tys. zł. Ma też prawo do 12 dodatkowych dni urlopu. To sprawia, że także dyrektorzy generalni urzędów nie są zainteresowani tym, aby ich zatrudniać.

Urzędników mianowanych może być jeszcze mniej. Rząd pracuje nad nowelizacją ustawy o służbie cywilnej, która ograniczy część ich przywilejów. A ciągłe zmiany w postaci przyznawania i odbierania uprawnień nie sprzyjają tworzeniu kadry urzędniczej z prawdziwego zdarzenia.