I to zarówno z punktu widzenia konsumentów, jak i pracowników. Duże firmy płacą bowiem więcej niż małe. Jak wynika z publikacji (jej polski tytuł to „Duże jest piękne: Rozwiewając mit małego biznesu”), w USA pracownicy w przedsiębiorstwach zatrudniających więcej niż pięćset osób zarabiają 25 proc. więcej, jeśli są po maturze, i 36 proc. więcej, jeżeli mają studia, w porównaniu do tych, którzy pracują w mniejszych firmach.

Nawet odsądzana od czci i wiary sieć sklepów spożywczych Wal-Mart płaci swoim pracownikom o 25 proc. więcej niż średnia w branży. „Jeżeli zatem doradzacie swoim dzieciom, dokąd powinny pójść do pracy – czy do korporacji, czy do małej firmy – doradźcie im, by wybierali duże firmy, jeśli chcą dużo zarabiać” – zauważają autorzy.

Korzystniejsze dodatki pozapłacowe

Co ciekawe, w USA prawidłowość, zgodnie z którą duże firmy płacą pracownikom więcej niż małe, utrzymuje się od 1890 r., czyli od pierwszego spisu powszechnego, gdy zaczęto zbierać takie dane. Zjawisko to praktycznie dotyczy wszystkich krajów. W Indiach firmy zatrudniające od pięciu do 49 pracowników płacą im średnio zaledwie 22 proc. tego, co te, w których pracuje ponad dwieście osób. W Indonezji ten wskaźnik wynosi 32 proc., w Korei Południowej – 50 proc., w Chinach – 60 proc, w Tajlandii – 72 proc.

Jak podsumowano w jednym z raportów Banku Światowego: „Wielkie firmy oferują bardziej stabilne zatrudnienie, wyższe płace, więcej dodatków pozapłacowych niż małe firmy, zarówno w krajach rozwiniętych, jak i rozwijających się”. Jeżeli zatem chcemy, by standard życia się podnosił, to musimy prowadzić politykę, która sprzyja temu, by firmy rosły.

Choć oczywiście niektórzy w tym momencie mogliby argumentować, że duże firmy płaca więcej, bo zarabiają więcej. A mogą zarabiać więcej, gdyż wykorzystują swoją pozycję rynkową do narzucania wyższych cen i część tego zysku przekazują pracownikom w postaci wyższych pensji.

Autorzy twierdzą jednak, że to nie jest prawda, ponieważ głównym powodem, dla którego duże firmy mogą sobie pozwolić na wyższe pensje jest większa produktywność olbrzymów. Dla przykładu w 1978 r. przeanalizowano amerykańskie firmy produkcyjne. Z analizy wynikało, że średnio cztery największe firmy w branży miały zyski o 57 proc. wyższe niż pozostałe spółki w sektorze.

Dodatkowe zyski wynikały z tego, że duże korporacje mają o 37 proc. wyższą produktywność niż reszta w branży. I część z tych zysków przekazują pracownikom (średnio zarabiali oni o 17,2 proc. więcej). Duże firmy biją małe także na polu innowacyjności.

Naukowcy zwracają uwagę, że wielkość firm jest tak kluczowa dla rozwoju gospodarczego i bogactwa państwa, że patrząc tylko na jedną rubrykę danych statystycznych – odsetek samozatrudnionych – można dość dokładnie oszacować, jak zamożny jest kraj. Z tym, że zależność jest taka: im większy odsetek samozatrudnionych, tym niższy PKB.

W 2016 r. tylko 6,4 proc. Amerykanów pracowało w ten sposób – PKB na obywatela w USA to 57 tys. dol. W Burundi „na swoim” jest 89,9 proc. mieszkańców – PKB na obywatela w tym państwie to 800 dol. W UE średnio samozatrudnionych jest 10 proc. mieszkańców, w Afryce subsaharyjskiej – 36 proc., a w południowo-wschodniej Azji – 41 proc.

Co ciekawe, im więcej osób pracuje w dużych firmach, tym mniejsze są nierówności. W Danii, najbardziej egalitarnym z 53 badanych państw, jedna czwarta obywateli pracuje w dziesięciu największych firmach. W Kolumbii, gdzie zanotowano największe nierówności (wśród badanych krajów), w największych firmach pracuje mniej niż 1 proc. obywateli.

Dyskryminacja olbrzymów

Autorzy poświęcają też sporo miejsca zjawisku, które nazywają „dyskryminacją wielkich firm”. Ich zdaniem, mimo jednoznacznych danych wskazujących na to, że duże firmy są korzystne zarówno dla konsumentów jak i pracowników, polityka większości państw preferuje małe przedsiębiorstwa. To preferowanie polega m.in. na ulgach podatkowych. Autorzy postulują, by znieść te udogodnienia.

Zwracają także uwagę na zbyt restrykcyjną często politykę antymonopolową rządów, w szczególności rządu USA. To właśnie po II wojnie światowej politycy w Stanach zmusili szereg dużych, amerykańskich korporacji, które miały spory udział w rynku, do ujawnienia szczegółów swoich technologii konkurentom. Problem polegał na tym, że część z nich, to byli konkurenci zagraniczni.

I tak dla przykładu firma AT&T, której pracownicy wynaleźli tranzystor, została w 1952 r. zmuszona udzielić licencji, za niewielką opłatą, 35 firmom, wśród których było japońskie Sony. Sony wykorzystało technologię amerykańską do zbudowania koncernu globalnego, który wygryzł wiele amerykańskich spółek z rynku.

Podobnie wyglądała sprawa z inną dużą firmą z USA, RCA, która opracowała technologię umożliwiającą odbiór przekazu telewizyjnego w kolorze. Rząd amerykański doprowadził to tego, że RCA sprzedała ją firmom japońskim, które korzystając z jej technologii zalały światowy rynek kolorowymi telewizorami.

Książka „Big Is Beautiful” porusza ważny, ale nie odkrywczy temat, z którym po raz pierwszy zetknąłem się w doskonałej książce prof. Ha-Joon Changa „23 rzeczy, które nie mówią ci o kapitalizmie”. Sam także, ponad cztery lata temu, na łamach Obserwatora Finansowego przygotowałem tekst na ten temat „Bez narodowych czempionów trudno o dobrobyt”.

Książka Atkinsna i Linda to rozwinięcie wątków, z którymi można się spotkać w książce koreańskiego akademika czy też w moim tekście. Bez wątpienia wkładem własnym autorów jest część publikacji poświęcona rzekomej dyskryminacji dużych firm poprzez podatkowe i inne preferencje dla biznesowych maluchów. Ta część jednak najmniej mnie przekonuje, dlatego że mam wrażenie, iż autorzy zbyt mało miejsca poświęcili ważnemu problemowi uchylania się przez wielkie firmy od płacenia podatków dzięki ucieczce do m.in. rajów podatkowych.

Dzieło ma zatem słuszną tezę, choć odnoszę wrażenie, że jest tendencyjne, a autorzy patrzą przez palce na przewinienia wielkich korporacji. Publikację jednak dobrze się czyta i jeżeli ktoś chce się dowiedzieć, skąd wzięło się powszechne, ale mylne, przekonanie o zbawczym wpływie małych firm na gospodarkę, to się z niej dowie. Słowem: książka godna polecenia, ale z zastrzeżeniami.

Autor:  Aleksander Piński