W przyszłym roku najniższe wynagrodzenie wzrośnie z 2250 zł do 2600 zł brutto. Dla placówek medycznych oznacza to nie tylko konieczność podwyższenia pensji najmniej zarabiającym, ale również podwyżki dla pozostałych pracowników, żeby nie doszło do zbytniego spłaszczenia płac. A przede wszystkim wzrost cen usług oferowanych przez zewnętrzne firmy, które również będą musiały podnieść płace (catering, serwisowanie sprzętu itp.). Im bliżej końca roku, tym dokładniejsze stają się kalkulacje dotyczące przyszłorocznych wydatków.

Przerażające kalkulacje

Dane o związanych z tym kosztach zbierają NFZ i resort zdrowia. Na własną rękę liczą samorządowcy i dyrektorzy.

– Z szacunków Ogólnopolskiego Związku Pracodawców Szpitali Powiatowych (OZPSP) przeprowadzonego w grupie ponad 230 szpitali wychodzi, że koszty na same podwyżki dla osób objętych ustawą to ponad 230 mln zł. A koszty pośrednie, czyli podwyżki dla pozostałych pracowników, to kolejne 400 mln zł – wskazuje Dorota Gołąb-Bełtowicz z OZPSP.

Waldemar Malinowski, prezes OZPSP mówił nawet o łącznej szacowanej kwocie rzędu 1,6 mld zł w skali roku (ale wliczał w to również szpitale, które nie odpowiedziały na ankietę).

Kalkulacje wciąż jednak trwają – w najbliższych dniach związek ma mieć nowe dane – uzupełnione m.in. o koszty związane z umowami outsourcingowymi i kontraktowymi, a także uwzględniające szpitale marszałkowskie. Suma więc może być znacznie większa.

Marek Wójcik ze Związku Miast Polskich, mówi z kolei o 5–6 mld zł. – Nikt chyba nie zebrał danych w skali kraju, bo system wynagradzania w tym sektorze jest skomplikowany. Nie chodzi też o same wynagrodzenia, ale również o koszty dostarczanych zewnętrznie usług – wskazuje.

Wszystkim po równo

Sami dyrektorzy mówią o kwotach od pół miliona zł do 10 mln zł. – Jeden ruch i mam pół miliona zł w plecy – mówi szef szpitala w województwie warmińsko-mazurskim.

W swojej placówce będzie musiała podnieść wynagrodzenie połowy załogi. – Są 42 osoby, którym ustawowo musi się zwiększyć pensja. Koszt podwyżek dla nich to 120 tys. zł rocznie – wylicza.

Dodaje, że nie może przy tym dopuścić do sytuacji, w której średni personel medyczny będzie zarabiać tyle samo co obsługa. – W efekcie trzeba znaleźć dodatkowe pieniądze dla 120 z 230 pracowników. W tej grupie są sekretarki medyczne, diagności, technicy – tłumaczy.

Potwierdza to Bożena Grotowicz, dyrektor szpitala w Bielsku Podlaskim. – Wynagrodzenia są dla nas największym obciążeniem. W moim szpitalu nie są one jeszcze na najwyższym poziomie, bo razem z kontraktami lekarskimi stanowią 66–67 proc. kosztów, ale są takie placówki, gdzie ten wskaźnik jest powyżej 80 proc. – wskazuje.

Dodaje, że od nowego roku będzie miała jeszcze większy problem. – W moim szpitalu muszę wyrównać wynagrodzenie 109 pracownikom i jest to wzrost o ok. 46 proc. w stosunku do tego, co mają w tej chwili. Połowa pracowników administracji nie osiąga teraz płacy zasadniczej na poziomie 2600 zł. Na podwyżki potrzeba dla nich ponad 2 mln zł. Ale to nie wszystko. Bo jeśli sprzątaczka będzie miała od stycznia 2600 zł, to księgowa czy statystyk nie będą chcieli pracować za taką samą pensję. Szacujemy, że będzie nam brakowało w sumie ok. 8 mln zł – wylicza Bożena Grotowicz.

– Choć wśród pracowników medycznych może nie być zbyt wielu osób, które zarabiają około ustawowego minimum, o wiele istotniejsze jest to, że podniesienie płacy minimalnej spowoduje wzrost kosztów towarów i usług, a więc kosztów życia. Spłaszczy też wynagrodzenia – zwraca uwagę Marek Wójcik.

Podkreśla, że na proporcjonalne podniesienie wszystkich płac szpitali nie stać. – Będę więc miał fizjoterapeutę po studiach wyższych, który zarabia 2700 zł brutto, i panią do sprzątania po podstawówce, która zarabia 2600 zł. Fizjoterapeuta będzie sfrustrowany, tym bardziej że zmniejszy się siła nabywcza jego wynagrodzenia. A ponieważ mamy rynek pracownika, wyższe płace to konieczność. Trzeba będzie dokonywać korekt w innych miejscach – podsumowuje.

Podniesienie płac to jednak niejedyne wyzwanie stojące przed dyrektorami. – Zapowiedź wzrostu najniższego wynagrodzenia spowodowała, że w przetargach, które odbywają się w ostatnich tygodniach – na pranie czy na odbiór śmieci – stawki rosną dwukrotnie, a nawet więcej – twierdzi Bożena Grotowicz.

– Do tego trzeba jeszcze doliczyć rosnące koszty outsourcingu – dodaje Dorota Gołąb -Bełtowicz. U niej w szpitalu zdrożeje on o 20–30 proc.

Niebezpieczny precedens

Z danych zebranych od szpitali wynika, że środki, które otrzymują z NFZ, powinny wzrosnąć od kilku procent do nawet jednej czwartej. Dyrektorzy mówią, że od stycznia przestaną płacić dostawcom, żeby znaleźć pieniądze na wypłaty.

Resort zdrowia przyznaje, że dla niego to też wyzwanie. – Bezpośrednie skutki podwyższenia płacy minimalnej, czyli to, co musimy zapłacić grupom objętym ustawą, to nie jest jeszcze porażająca kwota. Niestety, niewspółmiernie rosną koszty usług. Bo jeśli najniższe wynagrodzenie rośnie o 10 proc., a kontrakty o 100 proc., to jest to ewidentne wykorzystywanie sytuacji i uzasadnianie tego rosnącymi kosztami. To niebezpieczny precedens – ocenia wiceminister zdrowia Sławomir Gadomski.

Tu jednak resort niewiele może zrobić. Na razie nie daje też żadnych gwarancji, że szpitale otrzymają wsparcie na ten cel. Choć dyrektorzy mają nadzieję, że skoro ministerstwo szacuje koszty, to dosypie im pieniędzy.

Marek Wójcik wątpi jednak, czy resort będzie w stanie wygospodarować odpowiednie środki.

– W tym roku szpitalom dołożono w sumie 8 mld zł, czyli 21 proc., a i tak okazało się to za mało. Dotychczas różnica między planem a faktycznym wykonaniem to było 3–4 proc. Jeszcze nigdy nie trzeba było dosypywać tak dużo, osiągając tak mało. I widać wyraźnie, że w roku 2020 trzeba będzie więcej – przekonuje ekspert ZMP.

Dodaje, że w stosunku do przyszłorocznego planu będzie potrzeba dodatkowo ok. 5–6 mld zł. I nie mogą się one znaleźć na koniec roku, tylko muszą się pojawiać systematycznie. ©℗

>>> Polecamy: Płace i produktywność nie mają szansy iść w parze [FELIETON]