"Po tym wszystkim, co się stało, naszym obywatelskim obowiązkiem jest bojkot chińskich towarów!" - mówi PAP Ashish Gupta, 28-letni mieszkaniec północnego Delhi. "Musimy wspierać naszą armię i żołnierzy" - podkreśla, podnosząc głos.

Do pierwszych antychińskich demonstracji w Indiach doszło na początku czerwca, miesiąc po potyczce między chińskimi i indyjskimi żołnierzami na granicy w Ladakhu, nad himalajskim jeziorem Pangong Tso, oraz po przeciekach prasowych o budowie instalacji wojskowych i dróg przez obie strony w dolinie Galwanu. Agencja PTI opisywała, jak członkowie organizacji Akhil Bhartiya Brahman Mahasangh (ABBM) palili w mieście Puna popularne w Indiach chińskie smartfony.

Obie armie podjęły negocjacje jeszcze przed końcem maja, dlatego sporadyczne i małe demonstracje antychińskie powoli wygasały, aż w nocy z 15 na 16 czerwca w kolejnym starciu bez użycia broni palnej zginęło 20 żołnierzy indyjskich.

"Chiny są państwem, które zdradza. Indie powinny zbojkotować wszystkie produkty z Chin" - nawoływał w mediach społecznościowych minister Ramdas Athawale, cytowany przez dziennik "The Indian Express". Szef resortu ds. sprawiedliwości społecznej w rządzie premiera Narendry Modiego, który w marcu wspólnie z konsulem chińskim i mnichami buddyjskimi skandował w Bombaju "Korona precz!", nie zawahał się pójść krok dalej. "Chińskie potrawy i hotele je serwujące powinny zostać zamknięte" - napisał na Twitterze.

Reklama

Restauratorzy i komentatorzy prędko przypomnieli ministrowi, że restauracje mają indyjskich właścicieli, pracują w nich indyjscy pracownicy, a chińskie potrawy są intepretowane w miejscowy sposób i są bardzo popularne.

"To nie są chińskie dania!" - oburza się Ashish, kategorycznie oświadczając, że nie zamierza rezygnować z chińskich zupek czy popularnego makaronu z warzywami.

W tym samym czasie znany i nagradzany w Indiach inżynier i innowator Sonam Wangchuk zapowiedział w tygodniku "Outlook", że w ciągu tygodnia pozbędzie się chińskiego telefonu, a w ciągu roku wyrzuci ze swojego życia wszystko, co zostało wyprodukowane w Chinach.

"Jeśli nie weźmiemy udziału w tym bojkocie chińskich produktów, będzie to dla nas tragedią. Z jednej strony nasza armia walczy z Chinami, a z drugiej my, ty i ja, kupujemy chińskie towary i tym samym wysyłamy (pieniądze) chińskiej armii" - tłumaczył. Dodał, że Indusi, używając takich aplikacji jak TikTok, wysyłają dziesiątki milionów rupii do Chin.

Słowa Wangchuka i innych celebrytów na poważnie wzięły chińskie firmy produkujące smartfony na indyjski rynek. Oppo przełożyło debiut jednego z modeli telefonów, bo pod fabryką w Noidzie na przedmieściach Delhi protest zorganizowała licząca 450 tys. członków organizacja Hindu Raksha Dal.

Xiaomi po protestach przed sklepami w Kalkucie zaczęło zmieniać szyldy firmowe na "Wyprodukowane w Indiach". Według dziennika "The Economic Times" o wymianę szyldów poprosiło stowarzyszenie sprzedawców detalicznych, obawiając się wandali atakujących sklepy.

"Jestem superdumny z informacji, że większość naszych telewizorów jest wyprodukowana w Indiach! Zatrudniamy tysiące ludzi w fabrykach w całych Indiach" - napisał na Twitterze dyrektor zarządzający Xiaomi w Indiach Manu Kumar Jain. Według portalu Indiatoday.in firma posiada ponad 30 proc. udziału w rynku smartfonów w Indiach. "Dzisiejsza wyprzedaż skończyła się w 50 sekund" - pochwalił się dyrektor Jain w środę, niespełna osiem dni po tragicznych wydarzeniach na granicy indyjsko-chińskiej.

Jain w wywiadzie dla "The Economic Times" zapewnił, że 65 proc. części do składanych w Indiach telewizorów i smartfonów jest pozyskiwanych od miejscowych producentów, a dzięki jego firmie w kraju znalazło pracę 50 tys. osób. Jego zdaniem w przeciwieństwie do jego firmy, to właśnie zachodnie marki produkują w Chinach, a potem dodają tylko swoje logo.

"Skoro telefon jest produkowany w Indiach, nie widzę problemu" - tłumaczy Ashish Gupta, który pracuje w jednym ze sklepów ze smartfonami na bazarze elektroniki na Nehru Place. Przyznaje, że sam ma chiński telefon. "Stosunek ceny do jakości jest bardzo dobry, niestety telefony indyjskich producentów są na razie gorsze" - ocenia.

"Indusi są praktyczni. Wielu wcześniej nie było stać na tak dobre smartfony, więc dalej będą je kupować" - mówi PAP Arun Singh, który sprzedaje elektronikę na bazarze w delhijskim Lajpat Nagar. "To samo dotyczy telewizorów, klimatyzacji i innych rzeczy. Cały ten bojkot jest tylko burzą w internecie i zaraz minie" - dodaje, przypominając, że w 2017 r. w czasie incydentu na płaskowyżu Doklam również nawoływano do bojkotu, o którym szybko zapomniano.

Wangchuk uważa, że bojkot chińskich produktów przyniesie Indiom samowystarczalność. Dziennik "The Hindu" wyliczył jednak, że do tego jeszcze długa droga. Indyjski przemysł uzależniony jest od importu półproduktów i części z Chin. Indie importują m.in. niemal 90 proc. akcesoriów samochodowych, ponad 75 proc. antybiotyków i 60 proc. rur stalowych, ponad połowę części do produkcji elektroniki i pestycydów oraz 45 proc. nawozów sztucznych.

Dziennik zaznacza, że aż 18 na 30 największych indyjskich start-upów wycenianych na minimum 1 mld USD posiada chińskich inwestorów. Wśród nich są m.in. internetowe platformy sprzedaży Snapdeal i Flipkart, elektroniczne płatności mobilne Paytm oraz Ola, indyjski konkurent Ubera.

"Kolejne pokolenia były świadkami utarczek dwóch sąsiadów posiadających broń nuklearną o wzajemnie powiązanych i ogromnych gospodarkach, co zawsze prowadziło do okiełznania emocji na rzecz konwencjonalnej racjonalności" - podsumował chińsko-indyjskie spory Anubhav Roy z departamentu nauk politycznych Uniwersytetu Delhijskiego na portalu The Diplomat.