William Wragg był jednym z pierwszych posłów konserwatystów, który publicznie ogłosił, że złożył wniosek o wewnątrzpartyjne głosowanie nad odwołaniem Johnsona z funkcji lidera w związku z imprezami na Downing Street w czasie restrykcji covidowych. W czwartek ujawnił, że w ostatnich dniach posłowie odpowiedzialni za dyscyplinę klubową u konserwatystów, grozili tym, co do lojalności których mają wątpliwości, wycofaniem inwestycji w ich okręgach wyborczych lub wręcz ujawnieniem kompromitujących ich materiałów. O zastraszaniu mówił też Christian Wakeford, poseł, który w środę opuścił szeregi Partii Konserwatywnej i przeszedł do opozycyjnej Partii Pracy. Twierdził on, że posłowie pilnujący dyscypliny grozili mu, że jeśli nie zagłosuje zgodnie ze stanowiskiem rządu, w jego okręgu nie powstanie szkoła.

Odnosząc się do tych zarzutów, Johnson zapewniał w czwartek, że nic nie wie o zastraszaniu posłów, a jego rzecznik przekonywał dzień później, że "jeśli pojawią się jakieś dowody, to oczywiście zostaną zbadane". Wragg oświadczył jednak, że woli, aby sprawą się zajęła policja niż biuro premiera. "Podtrzymuję to, co powiedziałem. Nie zmieni tego żadna ilość manipulacji. Oferta Numeru 10 (biura premiera - PAP), aby to zbadać, jest miła, ale zostawię to ekspertom. Mam spotkanie z policją na początku przyszłego tygodnia" - powiedział w sobotę.

Reklama

Zarzuty zastraszania posłów, a szczególnie ewentualne policyjne śledztwo w tej sprawie, jeszcze bardziej utrudnią sytuację walczącego o utrzymanie się na stanowisku Johnsona. W przyszłym tygodniu ma zostać opublikowany raport w sprawie nieformalnych spotkań towarzyskich i imprez na Downing Street. Od jego wyniku wielu posłów konserwatywnych uzależnia decyzję, czy wysłać wniosek o wotum nieufności wobec Johnsona.