Świat

„Kraje z obu stron Cieśniny Tajwańskiej nie są sobie podporządkowane” – stwierdził podczas swej poniedziałkowej inauguracji Lai Ching-te, nowowybrany prezydent Republiki Chińskiej. Jego kontrpartnerzy z Chińskiej Republiki Ludowej, z Xi Jinpingiem na czele, zareagowali na tę dość oczywistą frazę z wściekłością. Jej wyrazem stały się trwające od czwartku wielkie ćwiczenia wojskowe, w ramach których siły zbrojne podporządkowane Pekinowi ostentacyjnie trenowały atak na Tajwan i przejęcie władzy nad wyspą (czyli doprowadzenie do stanu, w którym rzeczywistość wreszcie byłaby zgodna z ideologicznymi założeniami o „jednych Chinach”).

Akcje tajwańskich firm mimo to spokojnie sobie rosły (niektóre indeksy osiągnęły nawet w piątek swe historyczne rekordy), a mieszkańcy Tajpej i innych miast zachowywali spokój. Reuters cytował wczoraj ich wypowiedzi, zebrane przez reporterów: „od dzieciństwa do dorosłości (…) przyzwyczailiśmy się do chińskich gróźb”, „tak naprawdę nie wpływają na nasze codzienne życie; nadal musimy pracować, aby zarabiać pieniądze”, „to pewien rodzaj taktyki zastraszania”, „mówili o tym wiele razy, ale nie podjęto żadnych realnych działań – gdyby chcieli przejąć Tajwan, już by to zrobili”, „nie widzę powodu do strachu, ale jeśli ChRL naprawdę zaatakuje (…), powinniśmy mieć odwagę, aby wystrzelić w nich nasze rakiety”.

Reklama

I rzeczywiście – jeśli wyspiarska Republika Chińska ma się dziś czego obawiać, to raczej nie otwartej inwazji swych współziomków z kontynentu, ale ich oddziaływań hybrydowych i dywersyjnych. Bo w tajwańskie polityce jest gorąco, głównie z okazji ostrego sporu legislacyjnego pomiędzy obozem prezydenckim, czyli Demokratyczną Partią Postępową, a Kuomintangiem. Z grubsza – chodzi o poszerzenie prawa parlamentarzystów do uzyskiwania istotnych informacji od agend państwowych i firm prywatnych, co potencjalnie może zagrozić bezpieczeństwu państwa. W pewnym momencie niektórzy politycy przeszli nawet do rękoczynów, przed siedzibą parlamentu trwały masowe demonstracje, a emocje nadal rosną. Z punktu widzenia pekińskich speców od walki informacyjnej – to sytuacja wymarzona, dzięki której można ugrać więcej, niż przy pomocy okrętów, samolotów, rakiet i barek desantowych. A przy tym dużo taniej i bez narażania się na sankcje.

Swoją drogą, warto zauważyć pewne analogie tej sytuacji wobec rosyjskiego prężenia muskułów i prób zastraszenia Zachodu. Ćwiczenia nuklearne, których znaczenie podkreśliła ostentacyjna wizytacja Władimira Putina na Białorusi. Niemal równoczesne zapowiedzi rewizji granic morskich na Bałtyku i prowokacyjne usunięcie estońskich boi nawigacyjnych w ujściu Narwy. Wielotorowa narracja o „zdolności do długiej wojny”, mimo narastających problemów ekonomicznych i społecznych. I do tego (bezczelne w swej faktycznej wymowie) kontrolowane przecieki z Kremla o gotowości Moskwy do zawieszenia broni, pod warunkiem uznania jej dotychczasowych zdobyczy terytorialnych w Ukrainie. To tak naprawdę sygnały słabości, a nie siły. A nam – pozostaje brać dobry przykład z Tajwańczyków i nie nabierać się na tani blef.

Europa

Europejski sezon wyborczy w pełni. W Londynie ogłoszono, że Brytyjczycy pójdą do urn 4 lipca – co oznacza, że zapewne wtedy dobiegną końca czternastoletnie rządy torysów, a stery przejmie Partia Pracy. Ku pewnemu zdziwieniu obserwatorów City przyjmuje to ze stoickim spokojem. Z jednej strony spora część programu labourzystów nie ma prawa podobać się sektorowi finansowemu, ale z drugiej… „przewidywalne niebezpieczeństwo” i tak jest lepsze, niż nagłe niespodzianki od przez przyjaciół. A kolejni konserwatywni premierzy zafundowali ich gospodarce stanowczo zbyt wiele.

W przeciwieństwie do Wysp Brytyjskich, na kontynencie wyborcy coraz chętniej zwracają się ku skrajnej prawicy – ale ta ma na finiszu kampanii do Parlamentu Europejskiego sporo problemów. Grupa Tożsamość i Demokracja (ID) postanowiła w czwartek wyrzucić ze swego grona niemiecką partię Alternatywa dla Niemiec (AfD), mimo, że ta (pomimo pewnych niedawnych spadków) wciąż zajmuje w swym kraju sondażową pozycję „na pudle”. Poszło o wypowiedzi jednego z jej liderów, Maximiliana Kraha, wybielające SS. Okazało się, że to jednak wciąż bardziej szkodzi wizerunkowi polityka, niż branie pieniędzy od Rosjan i realizowanie ich agendy propagandowej – w czym poza AfD celuje m.in. francuskie ugrupowanie Rassemblement National (RN) Marine Le Pen, czy intensywna współpraca z chińskim wywiadem (jeden z bliskich współpracowników Kraha został pod takimi zarzutami aresztowany nieco wcześniej).

Ale spokojnie, pragmatyzm wyborczy może okazać się ważniejszy, niż pryncypia. Już pojawił się pomysł, by wykluczyć nie całą partię, ale samego Kraha – a i to tylko tymczasowo. Złośliwi komentują, że to i tak za daleko idące represje – wszak zwolenników współczesnego, zbrodniczego reżimu Putina oraz coraz bardziej brunatnych Chin Xi Jinpinga jakieś tam drobne, pozytywne wzmianki o SS nie powinny zbytnio zniesmaczać.

Polska

„Kto taśmą wojuje, od taśmy ginie” – chciałoby się powiedzieć, patrząc na miny wielu działaczy partii Zbigniewa Ziobry. Pogłoski o zgonie tego ugrupowania wydają się jednak wciąż jeszcze przedwczesne, podobnie jak nadzieje zwolenników przeciwnego obozu, że afera Funduszu Sprawiedliwości pogrąży także Prawo i Sprawiedliwość. Wierni wyznawcy nie takie rzeczy w przeszłości wybaczali. Tym bardziej że urobek finansowy z systemowych defraudacji publicznej kasy najwyraźniej szedł nie tylko na prywatne luksusy liderów i ich oddanych asystentów, ale też na „bazę” do działalności politycznej. Grono beneficjentów było więc całkiem spore. „Kradno, ale się dzielo” – mawia w takich razach Suweren. Przynajmniej pewna jego część…

Przed tymi wszystkimi, którym marzy się Ojczyzna wolna od korupcyjnych patologii, jeszcze bardzo długa droga.