Feralnego dnia – 20 sierpnia – opozycjonista wracał samolotem do Moskwy z Tomska na Syberii, gdzie wspierał niezależnych kandydatów w wyborach regionalnych. W niedzielę 13 września Rosjanie wybiorą 18 gubernatorów, przedstawicieli 18 lokalnych parlamentów i ponad 20 rad miejskich. Jednym z miast, w których odbędzie się głosowanie, jest właśnie leżący prawie 3 tys. km od stolicy Tomsk, siedziba najstarszego uniwersytetu w tej części kraju.

Lokalny DJ i muzyk przyłapał Nawalnego, jak przed odlotem w lotniskowej kawiarni popijał spokojnie herbatę. Podejrzewa się, że to w niej czaiła się trucizna. Współpracownicy polityka opowiadali potem, że jego samopoczucie gwałtownie się pogorszyło już po starcie. Nawalny poszedł do toalety, z której nie był już w stanie wyjść o własnych siłach. Upadł i jęczał z bólu. Pilot podjął decyzję o awaryjnym lądowaniu w Omsku – niecałe 750 km od Tomska. Tam opozycjonista trafił do szpitala, skąd został przewieziony do kliniki w Niemczech.

2 września niemieckie władze podały, że Nawalny został otruty nowiczokiem. – Nie jesteśmy prawie pewni. Nie jesteśmy prawdopodobnie pewni. Jesteśmy absolutnie pewni – stwierdził przedstawiciel tamtejszych służb w rozmowie z dziennikarzem „New York Timesa”.

Śmiertelna prostota

Towarzysze Nawalnego wspominali, że opozycjonista w dniu przelotu nic nie jadł. Jeśli faktycznie truciznę dodano mu do herbaty, to nie miał najmniejszych szans, by ją wyczuć. Jak w 2019 r. szacowała grupa naukowców na łamach czasopisma naukowego „International Journal of Molecular Sciences”, śmiertelna dawka nowiczoka dla dorosłej osoby ważącej mniej więcej 70 kg wynosi około 0,035 grama. To stanowczo za mało, żeby zmienić smak jakiegokolwiek trunku, o konsystencji nie wspominając.

Treść całego artykułu można przeczytać w weekendowym wydaniu DGP.