Mogliby rozwalać F-35 po kolei. Wszystko przez lukę w przepisach

Lotnisko wojskowe Luke znajduje się w stanie Arizona na południom zachodzie Stanów Zjednoczonych. Jest to główna baza szkoleniowa dla pilotów myśliwców nie tylko z USA, ale również z całego świata. Niegdyś uczono tu latać na F-16. Teraz królują tu supernowoczesne F-35.

Jednak gdyby jeden z wrogów Ameryki chciał ją zaatakować przy użyciu dronów – tak jak Ukraińcy rosyjskie bazy lotnicze w toku operacji "Pajęczyna" – to nie natrafiłby na większe trudności. Kilka F-35, każdy wart po około 100 mln dolarów, mogłoby pójść z dymem. Dlaczego? Wszystko przez poważną lukę prawną.

Zgodnie aktualnymi przepisami, jak pisze serwis Defense News, obowiązkową ochronę antydronową powinno posiadać dziewięć kategorii obiektów wojskowych: od baz z rakietami nuklearnymi po ośrodki testowania uzbrojenia. Próżno wśród nich jednak szukać baz szkoleniowych, a tak właśnie sklasyfikowane jest lotnisko Luke.

"W rezultacie dowództwo bazy nie może korzystać z systemów C-UAS (Counter-Unmanned Aircraft Systems; systemów do wykrywania i zwalczania dronów – red.), aby przeciwdziałać aktywności bezzałogowych statków powietrznych w toku szkoleń na F-35" – czytamy w raporcie Inspektora Generalnego Pentagonu z 20 stycznia tego roku.

Zresztą urzędnicy wskazali, że takich obiektów – pozbawionych ochrony antydronowej przez biurokratyczny chaos czy zaniedbania – jest dużo więcej.

Fruwały nad nimi drony. Kluczowe zakłady wciąż nie są chronione

Autorzy raportu przyjrzeli się też dziesięciu obiektom podlegającym Departamentowi Obrony, które padły ofiarą incydentów z udziałem dronów.

Wśród nich znalazła się fabryka Plant 42 w Palmdale w Kalifornii. Znajduje się tam należący do Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych (USAF), lecz zarządzany przez prywatne firmy (m.in. koncern Northrop Grumman), zakład, produkujący m.in. części zamienne do dronów Global Hawk i innych systemów bezzałogowych.

W obiekcie odnotowano kilka incydentów z dronami w 2024 r. I choć figuruje on na liście chronionych instalacji sił powietrznych to, jak czytamy w raporcie, przedstawiciele USAF powiedzieli inspektorom, że "Plant 42 nie jest objęty ochroną" antydronową. "Natomiast urzędnicy Departamentu Obrony nie potrafili stwierdzić, czy podlega ona ochronie, czy nie" – dodano.

Raport wspomina również o stoczni US Navy w Newport News w stanie Wirginia. Tam z kolei koncerny zbrojeniowe budują i serwisują lotniskowce, a także okręty podwodne. Dokument, w dużej mierze ocenzurowany, nie ujawnia szczegółów ewentualnych incydentów w tej lokalizacji. Wiadomo jednak, że w 2024 r. przez wiele tygodni nad instalacjami wojskowymi w stanie Wirginia latały niezidentyfikowane drony. To wzbudziło obawy, iż można spodziewać się „poważniejszego zagrożenia”.

Jeden może zestrzelić, inny trafi za kratki

Raport Inspektora Generalnego Pentagonu wskazuje, że winny temu stanowi rzeczy jest bałagan prawny i biurokratyczne procedury. Poszczególne pakiety systemów antydronowych (C-UAS) muszą zostać przetestowane w warunkach operacyjnych, zanim zostaną zgłoszone do zatwierdzenia. Jednak każdy z rodzajów sił zbrojnych stosuje odmienne procedury zgłaszania takich pakietów, w tym różne wymagania dotyczące akceptacji na szczeblu organizacyjnym i dowódczym.

"W rezultacie znaczna część instalacji nie posiada operacyjnej zgody na użycie zdolności C-UAS" – stwierdza raport.

Do tego zauważano, że bazy amerykańskiej armii nie mają spójnych wytycznych, co do zastosowania tych systemów przeciwko bezzałogowcom. "Część dowódców baz miała prawo zestrzeliwać naruszające przestrzeń drony, podczas gdy inni mogliby za takie działanie ponieść odpowiedzialność karną" – zauważa Defense News.

Amerykanie muszą uszczelnić te luki, jeśli nie chcą być zaskoczeni jak Rosjanie w czerwcu 2025 r.