Biden nie będzie jednak kandydatem Demokratów w wyborach? Partia poważnie się waha

Ten tekst przeczytasz w 4 minuty
28 czerwca 2024, 09:54
First 2024 presidential debate between US President Joe Biden and former US President Donald J. Trump
Debata Joe Bidena z Donaldem Trumpem/PAP/EPA
Do wyborów prezydenckich mamy zaledwie cztery miesiące, ale wcale nie mamy pewności, czy Joe Biden będzie kandydatem demokratów. Tak, w prawyborach zwyciężył, a nominacja na sierpniowej konwencji partyjnej, jak się wydawało, powinna być dla niego jedynie formalnością. Nie będzie, katastrofalny występ w debacie prezydenckiej powoduje, że demokraci na poważnie zaczynają zastanawiać się nad alternatywą dla 81-latka. Wzywa do tego m.in. publicysta „New York Times’a” Thomas Friedman.

Jak wiadomo, w debatach mniej chodzi o przedstawienie programu, spór merytoryczny, a bardziej o pokazanie swojej osobowości, żywotności. Cel sztabowców Bidena był więc prosty – tak przygotować prezydenta, by zaprezentował się jako zdrowy i mentalnie gotowy do sprawowania najważniejszego urzędu w kraju. Tak, by dać odpór rozpowszechnianym przez republikanów i ich sympatyków filmikom, na których demokrata jest wyraźnie zdezorientowany. I by uspokoić dwie trzecie amerykańskich wyborców, którzy twierdzą, że Biden nie jest wystarczająco sprawny kognitywnie, by zasiadać w Białym Domu. Właśnie po to na tydzień zaszyto się z przygotowaniami w rezydencji w Camp David, po to Bob Bauer, osobisty prawnik Bidena, wcielał się w rolę Donalda Trumpa w próbnych debatach.

Nie udało się. Bardzo.

Biden był chaotyczny, gubił słówka, zawieszał się, szczególnie na początku debaty. Nic dziwnego, że w obozie demokraty zapanowała panika. 

Słabego występu nie ukrywa właściwie nikt. Urzędnicy Białego Domu niemal natychmiast po zakończeniu telewizyjnej starcia wydzwaniali do dziennikarzy, tłumacząc, że przyczyną gorszej dyspozycji jest przeziębienie. Ciężko zweryfikować czy jest to prawda. Wygląda to na rozpaczliwe próby ratowania sytuacji. Choć przyznać należy, że słaby występ nie jest wielką niespodzianką. Biden nigdy nie był wybitnym mówcą i nigdy nie był uznawany za mistrza debat. Błysku fleszy i obecności w mediach nigdy nie unikał, ale najpewniej czuł się w zakulisowych rozgrywkach, czy to jako senator na Kapitolu czy w Białym Domu jako wiceprezydent. Różnego rodzaju gafy ciągną się za nim przez całą długą polityczną karierę, sam z dystansem nazywał siebie nawet „maszyną do gaf”.

W obliczu tak beznadziejnego występu i pogarszających się sondaży nasuwa się pytanie, co dalej z demokratami. Czy dojść może do podmianki? Wyboru przez partię innego kandydata niż Biden? Jeszcze przed debatą był to raczej scenariusz z gatunku political fiction, teraz szanse na to wzrosły. Teoretycznie Biden może pod presją własnego ugrupowania zrezygnować. A nawet jeśli tego nie zrobi, to na konwencji w Chicago część delegatów, kwestia jak znaczna, może się od niego odwrócić, głosować na kogoś innego. Partii grozi rozłam.

Kto może zastąpić Bidena?

Zasadnicze pytanie brzmi, kto może zastąpić Bidena? Średnio widać alternatywę. Kamala Harris ma żenujące notowania, w sondażach poziom zaufania Amerykanów do niej oscyluje wokół koszmarnych 35 proc. 

Gubernator Kalifornii Gavin Newsom, o którym się spekuluje, nie ma ogólnokrajowej rozpoznawalności. Michelle Obama to raczej temat dla tabloidów, nie widać żadnych jej ruchów w kierunku Białego Domu. Co jednak najważniejsze - jeśli partia zdecyduje się na „plan B”, to przeorganizowanie kampanii na nieco ponad sto dni przed wyborami będzie arcytrudnym wyzwaniem. O zwycięstwo z Trumpem w takich okolicznościach będzie bardzo trudno.

Tym bardziej, że Trump sprytnie łagodzi swój wizerunek, ewidentnie zwraca się w kierunku elektoratu środka. Mniej atakuje personalnie Bidena, na debacie nawet nie próbował mu tak właściwie przerywać. W sprawach światopoglądowych, np. aborcji, nie wyraża się tak radykalnie jak np. gubernator Florydy Ron DeSantis. Sporo mówi o bezpieczeństwie, punktuje prezydenta za jego politykę zagraniczną oraz sytuację na południowej granicy. To odpowiedź na sygnał z republikańskich prawyborów i dobre wyniki jego wewnątrzpartyjnej rywalki Nikki Haley. Trump puszcza do nich oczko, mówiąc: „nie jestem tak radykalny”.

Konwencja partyjna demokratów odbędzie się w tym roku w Chicago, tak samo jak w 1968 roku. Był to czas wielkiego chaosu w USA, nabrzmiałych do czerwoności napięć społecznych, podziałów w partii. Trwała wojna w Wietnamie, w kwietniu zamordowano Martina Luthera Kinga Jr, w czerwcu Roberta F. Kennedy’ego. Sierpniowej konwencji towarzyszyły masowe protesty, policja chicagowska brutalnie je tłumiła, co na żywo transmitowała telewizja. – Konwencja demokratów to nie tylko nieudany żart, ale odzwierciedlenie paskudnych czasów, w których żyjemy i o których chcemy zapomnieć – pisał Hunter Thompson. Amerykanie byli zszokowani, w zamieszaniu nominację zdobył wiceprezydent Hubert Humphrey, ale z całej sytuacji skorzystał najbardziej Richard Nixon, kandydat Partii Republikańskiej, promując się na „prawie i porządku”. 

Wygrał wybory prezydenckie, a straumatyzowani demokraci długo lizali rany. Przy zachowaniu wszystkich proporcji po ponad pół wieku duch Chicago znów unosi się nad partią.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: DGP/forsal.pl
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj