Sprawa, która trafiła do sądu, była typowa. Doszło do kolizji, która poskutkowała zanieczyszczeniem drogi. Jej zarządca postanowił więc odzyskać pieniądze przeznaczone na jej uprzątnięcie od ubezpieczyciela. Sąd pierwszej instancji nie miał wątpliwości, że korporacja powinna zapłacić. Zakład się jednak odwołał od wyroku. I w drugiej instancji wygrał.

Miejski obowiązek

Sąd, po pierwsze, powołał się na brzmienie art. 34 ust. 1 ustawy o ubezpieczeniach obowiązkowych, Ubezpieczeniowym Funduszu Gwarancyjnym i Polskim Biurze Ubezpieczycieli Komunikacyjnych (t.j. Dz.U. z 2019 r. poz. 2214 ze zm.). Zgodnie z nim z ubezpieczenia OC posiadaczy pojazdów mechanicznych przysługuje odszkodowanie, jeżeli posiadacz lub kierujący pojazdem jest zobowiązany do odszkodowania za wyrządzoną w związku z ruchem tego pojazdu szkodę będącą następstwem śmierci, uszkodzenia ciała, rozstroju zdrowia bądź też utraty, zniszczenia lub uszkodzenia mienia. W ocenie sądu zanieczyszczenie drogi nie jest jej zniszczeniem ani uszkodzeniem, a zatem koszty uprzątnięcia zanieczyszczeń drogi nie są objęte odpowiedzialnością ubezpieczyciela sprawcy szkody z ubezpieczenia odpowiedzialności cywilnej. Z tego tytułu nie przysługuje więc odszkodowanie od pozwanego ubezpieczyciela.

Po drugie, miasto jako zarządca drogi jest obciążone szeroko rozumianym obowiązkiem wykonywania ogółu prac remontowych, zabezpieczających i przywracających prawidłowy stan nawierzchni oraz bieżących robót konserwacyjnych, porządkowych i innych, których celem jest poprawa jakości i zwiększenie bezpieczeństwa ruchu.

„Usunięcie i zagospodarowanie części uszkodzonych pojazdów pozostających na jezdni, usunięcie wylanych płynów eksploatacyjnych oraz odtłuszczenie nawierzchni należało więc do obowiązku Miasta Ł., nałożonego w drodze ustawy” – wskazał sąd. Zaznaczył, że przerzucenie tych kosztów na ubezpieczyciela doprowadziłoby do bezpodstawnego wzbogacenia zarządcy drogi, gdyż środki konieczne do realizacji zadań własnych przewidzianych w ustawie samorządy otrzymują w ramach odpowiednich subwencji i dotacji budżetowych.

Reklama

Brak logiki

Prawnicy nie zostawiają suchej nitki na takim rozumowaniu sądu. Radca prawny Mateusz Wachowski zaznacza, że argumentacja, która pojawiła się w tej sprawie, traktuje odmiennie niż do tej pory pojęcie zniszczenia czy uszkodzenia nawierzchni. Dotychczas bowiem sądy przyjmowały, że zabrudzenie nawierzchni powodujące pogorszenie jej stanu lub czyniące ją niezdatną do użytku wypełnia ustawową definicję zniszczenia lub uszkodzenia mienia.

– Błędne natomiast jest uzależnianie istnienia odpowiedzialności cywilnej od posiadania pieniędzy koniecznych do realizacji zadań własnych. Uzasadnienie sądu mogłoby prowadzić do błędnego wniosku, że posiadanie środków na przywrócenie rzeczy do stanu sprzed szkody zwalnia sprawcę z obowiązku jej naprawienia – zaznacza ekspert.

Krytyczny jest także radca prawny Piotr Staroń, partner zarządzający w kancelarii Staroń & Partners. Prawnik zwraca uwagę, że art. 34 ust. 1 ustawy o ubezpieczeniach obowiązkowych stanowi przecież, iż ubezpieczyciel odpowiada za szkodę wyrządzoną ruchem pojazdu, której następstwem jest uszkodzenie mienia.

– Nawet literalna treść przepisu nie pozwala na ograniczenie odpowiedzialności ubezpieczyciela wyłącznie do szkód, które polegają na uszkodzeniu mienia. Ubezpieczyciel odpowiada za każdą szkodę, jeśli tylko jej następstwem jest uszkodzenie mienia, ale nie musi to być jedyne następstwo – zauważa.

Dodaje, że uszkodzenie mienia należy rozumieć szeroko, a zatem jest nim także doprowadzenie go do stanu uniemożliwiającego jego normalne użytkowanie zgodnie z przeznaczeniem. – Szkoda, którą zajmował się sąd, jest niewielka, ale możemy wyobrazić sobie szkodę polegającą na zalaniu nawierzchni cysterną oleju, której koszt usunięcia byłby bardzo duży – spostrzega Piotr Staroń.

Nieprzekonujący jest także argument o finansach jednostki samorządu terytorialnego.

– Mógłby mieć rację bytu tylko przy założeniu, że środki uzyskane z odszkodowania gmina ma prawo zatrzymać dla siebie. Zasadniczo zaś argument ten mógłby doprowadzić sąd co najwyżej do wniosku, że uprawnionym do odszkodowania jest właściciel drogi (tutaj Skarb Państwa) – twierdzi Piotr Staroń. Ale jak zaznacza, sąd powinien wówczas ocenić, czy rzeczywiście gmina nie jest legitymowana do dochodzenia odszkodowania za Skarb Państwa. Tym zaś w ogóle się nie zajął. ©℗

Argumentacja sądu jest całkowicie niezrozumiała

Opinia Piotra Stosio, radcy prawnego

Sąd w sposób zupełnie dowolny i niezasadny zinterpretował pojęcie szkody. Tak nie można. To, że zarządca drogi ma obowiązek dbania o stan nawierzchni drogi, nie oznacza, że nie może dochodzić odszkodowania za pracę, którą musiał wykonać wskutek wypadku, a więc za szkodę, którą poniósł. Równie dobrze sąd mógłby nie przyznawać odszkodowania za naprawę pojazdu, bo przecież poszkodowany nie może jeździć uszkodzonym pojazdem, który zagraża bezpieczeństwu na drodze.

Ustawa o ubezpieczeniach obowiązkowych, która jest podstawą odpowiedzialności ubezpieczyciela, zawiera kilka wyłączeń, ale powinniśmy je interpretować ściśle. Wśród nich są zanieczyszczenia lub skażenia środowiska, przy czym tych sąd nie ustalił, a to mogłoby być podstawą do oddalenia roszczeń zarządu dróg.

Zupełnie niezrozumiała jest też argumentacja o bezpodstawnym wzbogaceniu, zresztą to tylko ogólniki, bo z wyroku nie wynika, aby sąd zbadał, jakie dotacje i subwencje zarządca drogi otrzymuje na naprawę i dbanie o stan nawierzchni dróg.

orzecznictwo

Wyrok Sądu Okręgowego w Łodzi z z 9 lipca 2020 r., sygn. akt XIII Ga 55/20. www.serwisy.gazetaprawna.pl/orzeczenia