Kiedy kilka miesięcy temu Grzegorz Hajdarowicz za 80 mln zł kupił 51 proc. udziałów w spółce Presspublica, wydającej dzienniki „Parkiet” i „Rzeczpospolita” oraz tygodnik „Uważam Rze”, jego wrogowie żartowali: Hajdarowicz w Brazylii ma plantację palm kokosowych, a teraz odbiła mu jeszcze jedna. Ale nawet życzliwi zauważali, że wydawanie opiniotwórczej gazety codziennej to coś, czego Hajdarowicz "nie czuje, chociaż się do tego nie przyzna" (wypowiedź dla "Newsweeka"). Dzisiaj nadszedł moment, kiedy może zaprzeczyć (lub potwierdzić) tym obawom.

Z mediami związany od zawsze

Hajdarowicz z mediami był związany od czasów przyjazdu z Opola do Krakowa i studiów na Uniwersytecie Jagiellońskim. Jako członek Konfederacji Polski Niepodległej był drukarzem w podziemnej drukarni. Później w Nowym Jorku, dokąd wyjechał pod koniec lata osiemdziesiątych, był zastępcą redaktora naczelnego polskiego tygodnika.

Po powrocie do Polski pracował w lokalnym dzienniku, ale przede wszystkim zajął się rozkręcaniem własnego biznesu. Na fali boomu ekonomicznego początku lat 90. Hajdarowicz założył Gremi, która z dystrybutora leków po kilku latach przerodziła się w holding inwestycyjny. Dziś przedsiębiorca kontroluje trzy spółki notowane na giełdzie - Jupiter, KCI i Eurofaktor - zajmujące się m.in. działalnością deweloperską i pośrednictwem finansowym. Giełda wycenia je na ponad 100 mln zł, jednak niedawno straciły niemal połowę na swojej wartości. Nie martwi to jednak właściciela. Hajdarowicz powiedział "Newsweekowi", że nie przywiązuje do tego znaczenia, bo jego celem jest budowanie wartości rynkowej firm, a nie spekulacja ich akcjami.

Na pewno te spadki nie przeszkodziły Hajdarowiczowi dokonywać kolejnych inwestycji, także na rynku medialnym. W 2009 roku ponownie wszedł w świat mediów, gdy w sierpniu kupił od spółki Edipresse tygodnik "Przekrój" i miesięcznik "Sukces". Jak sam przekonywał w wywiadzie dla "Newsweeka", gazety te miały być dla niego "poligonem", który miał go przygotować do wypłynięcia na szersze wody, jakim był zakup Presspubliki.

Twarde rządy w redakcji

Hajdarowicz w swoich nowych redakcjach stosuje rządy twardej ręki. Nie bez sprzeciwu dziennikarzy, którzy zarzucają mu, że w mediach wprowadza reguły zaczerpnięte z biznesu.

Początkowo Hajdarowicz deklarował wprawdzie, że nie będzie wprowadzał rewolucji w jednym z najstarszych polskich tygodników, jednak w końcu "Przekrój" przeszedł głęboką restrukturyzację. Wielu dziennikarzy straciło pracę (rozmowy ze zwalnianymi pracownikami zawsze przeprowadzali jego współpracownicy), redakcję przeniesiono do mniejszej siedziby, a części personelu polecono pracować w domu. Wprowadzono też dla wszystkich zakaz wnoszenia komórek -  nawet wyłączonych - na zebrania z wydawcą.

Kiedy okazało się, że redakcja wypłaci pensje z opóźnieniem, Hajdarowicz na zebraniu z redakcją poinformował, że nie jest Unią Europejską, a poza tym w Brazylii są ludzie, którzy pracują w klatkach i nie narzekają. Odniesienie do UE wzięło się stąd, że Hajdarowicz jako skrajny wolnościowiec z KPN-u sprzeciwia się ingerencji państwa w wolność gospodarczą i Unii szczerze nie znosi.

Także w "Rzeczpospolitej" Hajdarowicz zaczął od zmian. Do tego czołowego produktu Presspubliki przyszedł nowy redaktor naczelny Tomasz Wróblewski. Następnie Hajdarowicz wymienił zastępców naczelnego i kierowników działów. Zamknął też "Życie Warszawy", które Presspublica kupiła kilka lat wcześniej.

Trotyl na tupolewie

To właśnie "Rzeczpospolita" postawiła Hajdarowicza przed największym wyzwaniem w jego wydawniczej karierze.

W ubiegłym tygodniu "Rzeczpospolita" w artykule "Trotyl we wraku tupolewa" napisała, że śledczy na wraku samolotu Tu-154M, który rozbił się w Smoleńsku, znaleźli ślady trotylu i nitrogliceryny. Artykuł wywołał burzę na scenie politycznej  - Jarosław Kaczyński mówił o zbrodni i zamordowaniu 96 osób, w tym prezydenta RP.

Sam Hajdarowicz ze swojej odpowiedzialności za publikację tekstu tłumaczy się w Onecie.pl w ten sposób: "Sytuacja była taka: otrzymałem informację, że jest świetnie udokumentowany w czterech źródłach informacji i sprawdzony jeszcze w paru miejscach, i potwierdzony przez Prokuratora Generalnego materiał, który dotyczy treści społecznie bardzo wrażliwych. Poproszono mnie, bym się pojawił w Warszawie. Wsiadłem więc do samolotu i przyleciałem z Barcelony do Warszawy. O godz. 0:30 w nocy, przy świadkach, redaktor naczelny Tomasz Wróblewski zapewnił mnie wielokrotnie, że nad tym materiałem pracowała grupa osób (...). Byłem zaszokowany tą informacją o materiałach wybuchowych. Poprosiłem, aby tekst nie wykraczał poza treści nieudokumentowane i żeby nie stawiać tez, które nie mają potwierdzenia w dokumentacji; by tekst był łagodnie informacyjny. (...) W zamian za to ukazał się artykuł, w którym pojawiły się nazwy materiałów wybuchowych. Stwierdzono to jako fakt".

Prokuratura wojskowa zaprzeczyła w końcu tym rewelacjom, a Hajdarowicz na aferę, jaką wywołała jego gazeta, zareagował w znany sobie sposób - czytelników przeprosił, a dziennikarzy... wyrzucił z pracy. Zwolniono autora artykułu Cezarego Gmyza oraz redaktora naczelnego Tomasza Wróblewskiego, jego zastępcę Bartosza Marczuka i szefa działu krajowego Mariusza Staniszewskiego.

Taki sposób wyjścia z tej sytuacji - niezależnie od wrażenia, jakie wywarł na opinii publicznej - na pewno nie przysporzy Hajdarowiczowi zwolenników w środowisku dziennikarskim. I skłoni do zadawania sobie pytań, czy publikacja "Rzeczpospolitej" nie jest dowodem na to, że Hajdarowicz nie radzi sobie jako wydawca.