Protestujących przeciw krzywdzącym muzułmanów stereotypom spotyka szyderczy śmiech. Bronisz ich? Nie uważasz, że ciapaci mordują i molestują? Śmiesz twierdzić, że przypadki przemocy ze strony imigrantów to wyjątki? Że zdecydowana większość ich rodzin zintegrowała się z nowymi krajami i żyje w spokoju, zajmując się swoimi codziennymi bolączkami? Jeżeli tak, to jesteś więźniem politycznej poprawności, która nie pozwala ci nazywać rzeczy po imieniu i krępuje wolność słowa.

No dobrze, skoro wyspą wolności mamy być my, to bądźmy. Ale proszę, konsekwentnie. Do końca. Bez znieczulenia.

Czy byli Polacy, którzy kolaborowali? Byli. Czy mordowali i wydawali Żydów? Owszem. To były odosobnione przypadki? Wyjątki? Były. Czy więcej procentowo Polaków wydało swojego sąsiada, niż muzułmanów zadźgało swoją sąsiadkę, czy mniej? Kiedy można mówić o odosobnionym przypadku? A kiedy wyjątek rozciągnąć na całą społeczność?

To może inny przykład. Polskiego kierowcy tira, który zagapił się w swój telefon komórkowy i w sprowokowanym przez siebie wypadku w Wielkiej Brytanii zabił angielską rodzinę wracającą z wakacji. Tragiczny przypadek? Wyjątek?

Na szczęście z okowów politycznej poprawności zabraniającej krzywdzących uogólnień potrafiła wyrwać się brytyjska prasa. To dlatego w tym roku na Wyspach można było podziwiać brukową okładkę, na której widniał szereg kierowców ciężarówek gapiących się w komórki. Kierowców z kontynentu oczywiście, bo tylko takich gazeta uwieczniła.

Obrzydliwa manipulacja i granie stereotypami? Oczywiście. Przecież wypadki spowodowane przez polskich kierowców to wyjątki. Wyjątkami są też przypadki, kiedy sprzedajemy za granicę zatrutą żywność. Ale na szczęście czeska i słowacka prasa też wyrwała się z kagańca politycznej poprawności i nazywa rzeczy po imieniu. Jeżeli tylko przekroczycie południową granicę, obejrzycie programy informacyjne nadawane z Pragi czy Bratysławy, poczytacie tamtejsze gazety, a przede wszystkim porozmawiacie z mieszkańcami, dowiecie się, że Polacy to syfiarze, którzy do mięsa dosypują w najlepszym wypadku przemysłową sól.

Kagańcem za to splątane są nadal media niemieckie. Tak twierdzą niepokorni obrońcy prawdziwej wolności słowa. Koronnym dowodem na to spętanie ma być zwłoka w podawaniu informacji o tym, że w Kolonii doszło do masowego molestowania kobiet przez świeżo przybyłych uchodźców. Zwłoka, badanie sprawy, próba jej zrozumienia – to nie służy prawdzie. Lepiej, niczym „Wiadomości” telewizji publicznej, zasugerować, że za zamachem w meczecie w Kanadzie stał muzułmanin. Szybki news, nawet jeżeli chwilę potem okazuje się, że zabójcą był jednak biały rasista i fan Marine Le Pen. Lepiej postępować, jak prawicowe media i o strzelaninie w Monachium pisać jako o ataku muzułmanina, a nie zwichrowanego emocjonalnie nastolatka, który jako Irańczyk uważał się za przedstawiciela aryjskiej rasy nadludzi. Lepiej wypisywać kompletne bzdury o tym, jak to Francja nie walczy z radykalnym islamem, szerokim łukiem omijając dane o rozbitych komórkach islamistów, zamkniętych meczetach i zinfiltrowanych organizacjach oraz o francuskich siłach zbrojnych zaangażowanych w walkę z dżihadystami na Bliskim Wschodzie czy Afryce. Siłach zbrojnych, w których szeregach muzułmanie są nadreprezentowani.

W imię prawdy można mówić o „fali” islamskiego terroryzmu, opisując kraje takie jak Wielka Brytania czy Szwecja, w których ataków terrorystycznych od lat nie było. Można straszyć strefami szariatu, nie starając się zobaczyć ich na miejscu, a wiedzę budując na opowieściach z portali społecznościowych.

Bezkompromisowi bojownicy o prawdę, walcząc z wszechogarniającą polityczną poprawnością, każdą próbę niuansowania przekazu, każdą próbę umieszczania informacji w kontekście traktują jako manipulację, która ma ukryć „prawdę”. Walcząc uparcie ze schematami myślowymi, sami tworzą nowe. Europa Zachodnia – słabeusze. Marsze przeciw przemocy? Dowody na kapitulanctwo Zachodu. Innym zarzucamy strach, choć po ataku w Paryżu olbrzymia większość polskiego społeczeństwa odrzuciła udział polskich żołnierzy w walkach po stronie Francji z Państwem Islamskim.

Jeżeli argument moralny dla poparcia politycznej poprawności to za mało, warto spojrzeć chłodno na nasz polski interes. Nowy wspaniały świat, świat alternatywnej prawicy i odrzucenia politycznej poprawności, świat Donalda Trumpa, Marine Le Pen czy Frauke Petry może być światem, w którym to my znowu staniemy się ofiarą i celem fali rasizmu. Warto zrozumieć, że często to właśnie polityczna poprawność chroniła nas, Polaków przed ksenofobią. Dłuższy pobyt za granicą i wejście w lokalne społeczności pozwala dostrzec to, co nad Wisłą czy Odrą nie zawsze jest rozumiane. Że w szczerej rozmowie zaleje nas fala uprzedzeń wobec Polaków i środkowych Europejczyków, wspólna dla wielu społeczeństw starej Unii. To oczywiste, że najlepszym lekarstwem na takie stereotypy jest poczucie własnej godności, asertywność i uzasadniona duma z dziedzictwa własnego kraju i jego historii. Ale warto też stereotypy na nasz temat usuwać z debaty publicznej, warto, żeby szkalowanie Polski było czymś wstydliwym. Warto, żeby było to politycznie niepoprawne. Żeby jednak z ochrony, jaką daje to pojęcie, skorzystać, należy zrozumieć potrzebę jego istnienia. Niestety, walczący z dyktatem politycznej poprawności są hipokrytami i stosują podwójne standardy.

Ataki na Polaków na Wyspach opisywane są jako rasistowska fala, agresja wobec muzułmanów w Polsce jako wyraz uzasadnionych lęków. Głupie dowcipy o tym, że Polacy to złodzieje i prostytutki, wywołują oburzenie, nasze z kolei rasistowskie stygmatyzowanie obcych jedynie zmrużenie oczu. Naród, który przez stulecia skazany był na emigrację, serwuje imigrantom swoje najgorsze traumy, być może odreagowując poprzednie upokorzenia. Jeszcze raz, drodzy bojownicy z polityczną poprawnością, proszę o konsekwencję. Skoro sami chcecie oczerniać, to pogódźcie się z oczernianiem Polaków.

Polskim krytykom politycznej poprawności towarzyszy jeszcze jedna specyficzna cecha – podszyta strachem dwulicowość. Stawiając za pomocą piór ostre hasła, zatrzymują się w swoich wywodach w pół kroku. Chciałbym wreszcie usłyszeć od bojowników wolnego słowa, co UE powinna zrobić z europejskimi muzułmanami, naszymi współobywatelami. Skoro mamy wojnę cywilizacji, w której chrześcijaństwo walczy z islamem, to jasno powiedzcie, proszę, co trzeba zrobić. Skoro jesteście tak odważni w swojej publicystyce, w swoich opowieściach o wojnie z muzułmańską inwazją, to powiedzcie wprost, co zrobić z milionami ludzi uciekającymi do Europy. Co zrobić z muzułmańskimi sąsiadami? Ale tak konkretnie. Proszę, bądźcie szczerzy i konsekwentni.

Kolejnym paradoksem jest to, że ci, którzy najgłośniej z polityczną poprawnością walczą, jednocześnie mają usta pełne frazesów o tym, że w Polsce trzeba skończyć z językiem nienawiści. Chcecie zrównoważonego przekazu? Chcecie, żeby media dążyły do prawdy? Rozumiecie, drodzy moi obrońcy wolności, że chcecie politycznej poprawności? Toż to przecież elementarna rzetelność i przyzwoitość. To traktowanie człowieka nie jako części tłumu, ale jako samodzielnego bytu, który jako taki zasługuje na szacunek. To próba spojrzenia na jednostkę nie tylko pod kątem jej koloru skóry, religii czy politycznych poglądów.

Pytanie, czy nas jeszcze na to w Polsce stać, czy już staliśmy się całkiem wolni nie tylko od politycznej poprawności, ale i od resztek szacunku.

>>> Czytaj też: Koniec Unii jaką znamy. Wydarzenia 2017 roku mogą zdecydować o przyszłości Europy