Hurtowa wymiana menedżerów po przejęciu władzy przez Prawo i Sprawiedliwość miała doprowadzić do chaosu w spółkach Skarbu Państwa i negatywnie odbić się na ich kondycji. Na razie jest inaczej – firmy chwalą się rekordowymi zyskami.

Eksperci są zgodni – nigdy wcześniej w wyniku zmiany władzy po wyborach parlamentarnych nie mieliśmy do czynienia z wymianą kadr na tak dużą skalę, choć z reguły wymieniano ich wielu. W grupie dużych, kontrolowanych przez państwo firm posadę ocalił jedynie Zbigniew Jagiełło, prezes PKO BP. Jest szefem największego polskiego banku od września 2009 r.

– Dominujący w spółce akcjonariusz ma prawo wybierać zarządzających, do których ma zaufanie. Takie prawo ma także Skarb Państwa. Ważne jednak, żeby powoływani ludzie mieli odpowiednie kompetencje. W przypadku obecnej władzy można odnieść wrażenie, że częściej niż w przeszłości przy nominacjach na pierwszym miejscu jest lojalność wobec partii, a dopiero w dalszej kolejności umiejętności – uważa Wiesław Rozłucki, prezes Giełdy Papierów Wartościowych w latach 1991–2006.
Nie tylko Misiewicz

Symbolem wątpliwych merytorycznie nominacji stał się Bartłomiej Misiewicz, dyrektor gabinetu politycznego ministra obrony narodowej. We wrześniu ub.r. został powołany do rady nadzorczej Polskiej Grupy Zbrojeniowej, mimo braku wykształcenia i doświadczenia. Podobnych nominacji, przypisywanych powiązaniom z politykami rządzącej partii, a nie odpowiednim kwalifikacjom, media wyliczały setki. Na przykład powołanie pielęgniarki Violetty Mackiewicz-Sasiak, szefowej klubu PiS w Redzie, do rady nadzorczej firmy Energa Operator czy nominacja łódzkiego działacza partii Krzysztofa Ciebiady na koordynatora ds. sprzedaży energii samorządom w firmie PGE Obrót.

Ciebiada jest współpracownikiem Janiny Goss, przyjaciółki Jarosława Kaczyńskiego. Po zmianie władzy Goss weszła do dwóch rad nadzorczych Polskiej Grupy Energetycznej, spółki matki PGE Obrót oraz Banku Ochrony Środowiska. Mimo że ani w energetyce ani bankowości nie miała wcześniej doświadczenia na podobnych stanowiskach. Kontrowersje wzbudziło tez powołanie na prezesa PKN Orlen Wojciecha Jasińskiego, kolegi szefa PiS z czasów studenckich. Jasiński sprawował wcześniej państwowe funkcje – był m.in. ministrem skarbu – ale w jego życiorysie trudno znaleźć umiejętności niezbędne do zarządzania największą pod względem przychodów firmą w Europie Środkowo-Wschodniej.

>>> Polecamy: Dlaczego Polsce opłaca się budowa elektrowni jądrowej?

Buldogi pod dywanem

Na politykę kadrową w kontrolowanych przez państwo spółkach istotny wpływ wywarła także walka o wpływy pomiędzy frakcjami wewnątrz PiS. W jej efekcie niektóre spółki – takie jak KGHM, Azoty czy Tauron – miały w ciągu 12 miesięcy trzech prezesów. Ta mieszanka chaosu i wątpliwych kwalifikacji niektórych menedżerów miała być dla spółek szkodliwa, ale na razie tak nie jest. Przynajmniej, jeśli wziąć pod uwagę wyniki finansowe za zeszły rok. Jedną z pierwszych firm, które podały szacunkowe dane, jest PKN Orlen. Wynika z nich, że w zeszłym roku płockie przedsiębiorstwo zarobiło rekordowe 5,3 mld zł. Przez ostatnie 12 miesięcy wycena koncernu na GPW podskoczyła o ponad 40 proc. i na początku stycznia przekroczyła po raz pierwszy w historii 38 mld zł.

– Ocenianie kompetencji prezesa na podstawie wyniku finansowego, szczególnie jeśli jest to pierwszy rok sprawowania funkcji, jest niemiarodajne. W przypadku dużej firmy taka ocena możliwa jest po dwóch–trzech latach. W pojedynczym roku o wynikach finansowych mogą decydować wyjątkowo korzystne lub niekorzystne warunki rynkowe, na które prezes nie ma żadnego wpływu – mówi Rozłucki.

W zeszłym roku warunki rynkowe Orlenowi sprzyjały. O zyskach firmy decydują przede wszystkim zyski z przerobu ropy, a te podobnie jak w 2015 r. wciąż były wysokie, m.in. dzięki niskiej cenie surowca i wzrostowi konsumpcji paliw.

O istotnej poprawie wyników w ub.r. poinformowały już także kontrolowane przez państwo firmy z sektora transportowego. Rekordową liczbę 38,5 mln pasażerów pochwaliło się PKP Intercity. Najwyższe w historii były przychody spółki, które sięgnęły 1,77 mld zł. Po raz pierwszy od siedmiu lat przewoźnik zakończył rok zyskiem – firma zarobiła 47 mln zł, choć jeszcze rok wcześniej była 57 mln zł pod kreską.

Podobnej skali poprawy wyników doświadczyły Przewozy Regionalne, spółka kolejowa wydzielona formalnie w 2008 r. ze struktur PKP, której współwłaścicielem są samorządy. Firma utrzymała się na rynku dzięki pomocy publicznej. We wrześniu 2015 r. 770 mln zł z przeznaczeniem przede wszystkim na spłatę długów dostarczyła PR Agencja Rozwoju Przemysłu, stając się jednocześnie większościowym udziałowcem spółki. Rok firma zakończyła 85-milionową stratą, ale w zeszłym roku zanotowała już 54 mln zł zysku. Na plusie była po raz pierwszy w historii.

Przejęcie PR przez ARP to końcówka rządów poprzedników, a obecny zarząd kontynuuje plan restrukturyzacji. W Intercity wyniki przewozowe poprawiają się od dwóch lat, co jest efektem zakupów taboru, polityki cenowej i zakończenia modernizacji torów. Pewien dylemat związany jest z tym, że – owszem – rosną przychody z biletów i obniżono koszty, ale wzrosła o 45 mln zł dotacja z budżetu państwa. Generalnie, jest zatem pewna ciągłość rządzenia w tych spółkach. Mimo krytyki poprzedników nie doszło tam do wielkich rewolucji i wywrócenia do góry nogami strategii działania – mówi Adrian Furgalski, wiceprezes Zespołu Doradców Gospodarczych TOR.
Według eksperta trudno byłoby udowodnić tezę, że poprawa wyników związana jest z wymianą menedżerów, a gdyby poprzednicy kontynuowali pracę, to firmy w dalszym ciągu ponosiłyby straty.

Podobnie jest w przypadku LOT. – Strategia obecnego zarządu i poprzedniego prezesa Sebastiana Mikosza jest bardzo podobna. Dwa razy więcej pasażerów, więcej floty, więcej połączeń – zwraca uwagę Furgalski.

Mikosz szefował narodowym liniom lotniczym w latach 2013–2015, przez kilka miesięcy funkcję prezesa pełnił także Marcin Celejewski. W styczniu 2016 r. władzę w firmie przejął Rafał Milczarski. Od początku zeszłego roku LOT uruchomił 23 nowe połączenia, a na niektórych trasach – do Nowego Jorku, Chicago czy Toronto – zwiększył liczbę operacji. Wcześniej nie mógł tego robić, bo Komisja Europejska nałożyła na spółkę restrykcje związane z otrzymaniem pomocy publicznej skutkujące zakazem uruchamiania nowych połączeń oraz koniecznością zmniejszenia liczby oferowanych tras.

Czasem przeszkadza przypadek

Kolejnym sektorem, któremu kadrowa karuzela nie przeszkodzi w poprawie wyników finansowych, jest energetyka. W tym wypadku wynika ona przede wszystkim z wpływu czynników jednorazowych – w 2015 r. przez sektor przetoczyła się fala odpisów aktualizujących wartość starych elektrowni węglowych. Efekt był taki, że PGE, największa firma w branży, zanotowała 3 mld straty, Enea była na minusie ponad 400 mln zł. Jak wynika z prognoz analityków, zeszły rok obydwie spółki zakończyły na plusie.

– W tak dużych firmach zarząd nie jest w stanie z dnia na dzień wpłynąć w istotny sposób na bieżącą działalność. Ta toczy się niejako siłą rozpędu i opiera na menedżerach średniego szczebla – zwraca uwagę Robert Maj, analityk z Haitong Banku.

W przypadku energetyki eksperci mają wątpliwości, czy mianowane po wyborach władze firm mają wpływ także na decyzje strategiczne związane z nowymi inwestycjami, które przełożą się na wyniki finansowe spółek w przyszłości. Chodzi o zaangażowanie w ratowanie górnictwa, pomoc dla budowlanego Polimeksu, kupowanie aktywów od wychodzących z Polski zagranicznych koncernów (np. EDF) czy wznowienie kosztownych projektów nowych bloków energetycznych. Takich jak rozbudowa elektrowni w Ostrołęce, która pochłonie 5,5 mld zł.

– Można odnieść wrażenie, że autonomia menedżerów w spółkach energetycznych jest bardzo ograniczona. I sprowadza się do realizacji strategii wyznaczonej przez Ministerstwo Energii – ocenia Robert Maj.

>>> Czytaj także: Polska do 2050 r. może być najszybciej rozwijającą się gospodarką UE