Pistolet Glock ginie w dłoni instruktora. Sprawnie napełnia magazynek, ładuje, wymierza. – Teraz pani – mówi spokojnie. Każe założyć okulary, potem słuchawki. Staram się pamiętać, by nie złapać pistoletu instynktownie w garść. Palec wskazujący musi być wyprostowany, wzdłuż lufy. Na spust powędruje tuż przed strzałem. Przodem do tarczy, lekko pochylona, w małym rozkroku. Ręce wyciągnięte, lewe oko zmrużone, prawym usiłuję namierzyć tarczę. I w duchu trzymam za siebie kciuki: żeby tylko nie wystraszyć się wystrzału i nie upuścić broni. – Spokojnie, nie z takimi przypadkami mieliśmy tu do czynienia – mówi instruktor, jakby czytając w myślach. W końcu strzelam i... nie było tak źle. Przeciwnie. Adrenalina robi swoje.

Jeszcze niedawno na budynku strzelnicy przy ul. Marymonckiej w Warszawie wisiało hasło: „Strzelać każdy może”. Miało swój cel: odczarować miejsca takie, jak to. Pokazać, że nie są dziś zamkniętymi obiektami, do których chodzą tylko tajemniczy panowie. Dziś na strzelnicę można wejść prosto z ulicy.

Rząd jednak chce iść dużo dalej i równolegle z tworzeniem Wojsk Obrony Terytorialnej rozwinąć sieć strzelnic. Skojarzenia z orlikami nasuwają się same, ale najwyraźniej nie o sam sport tu chodzi. „Projekt wpisuje się w polskie tradycje strzeleckie i patriotyczne, począwszy od Bractwa Kurkowego i Związku Strzeleckiego, które były podstawą budowania struktur wojskowych Legionów Polskich” – czytamy w wyjaśnieniach Ministerstwa Sportu i Turystyki. Nad programem pochyla się także MON. Strzelnica byłaby miejscem treningów dla żołnierzy Obrony Terytorialnej i budowania w nas postawy patriotycznej. Tylko, czy tędy droga?

Człowiek z zacięciem

Mimo że jest środek dnia, na strzelnicy przy ul. Marymonckiej panuje tłok. Nic dziwnego, to jeden z najstarszych i największych tego typu obiektów w kraju. Tutaj Renata Mauer-Różańska, dwukrotne złota medalistka olimpijska, uczyła się strzelać. Inny wychowanek i olimpijczyk, Piotr Kosmatko, jest trenerem kadry narodowej Hiszpanii. Dziś przyszły postrzelać klasy z pobliskiej szkoły. Dziewczyny i chłopcy komentują się nawzajem. – Anka, nie bój się, karabin cię nie zje – mówi nastolatek. – Martw się lepiej o siebie – słyszy w odpowiedzi. Anka zajmuje już pozycję do strzału, na leżąco, na przygotowanym kocu. Mimo mrozu nikt nie narzeka. Jest zabawa.

– Im więcej strzelnic w kraju, tym lepiej. Mówienie, że to chybiony pomysł, bo mamy przecież wojsko, to slogan. Myśl, że ludzie potrafią posługiwać się bronią, nie wzbudza we mnie niepokoju. Przeciwnie. Takie ogólnospołeczne przeszkolenie ma większy sens niż tworzenie nowych paramilitarnych oddziałów – przekonuje Eugeniusz Bednarz, prezes Związkowego Klubu Strzeleckiego. Ale zaraz zastrzega, że komentuje sam pomysł, do polityki się nie miesza. Polski Związek Strzelectwa Sportowego zrzesza w Polsce 22 tys. osób, z czego prawie 10 proc. należy do tego klubu. – Mam nadzieję, że z czasem będzie ich więcej. Ci, którzy nie mają pojęcia o broni i strzelaniu, często są ich zagorzałymi wrogami. Ale to tak, jak z operą. Lubisz? Nie. A byłeś, widziałeś, słuchałeś? Też nie.

Jeden z argumentów przeciwników budowy strzelnic brzmi, że kraju nie stać na taką inwestycję. Lepiej dbać o orliki, które kosztowały po milion złotych sztuka, niż wydawać teraz pół miliona na jedną strzelnicę. Przy założeniu, że mamy w Polsce ponad 2,4 tys. gmin, rachunek jest prosty.

Zdaniem Eugeniusza Bednarza, strzelnica w każdej gminie, z pewnymi zastrzeżeniami, to realny pomysł. Bo elementarne zasady można poznać też na przykładzie broni pneumatycznej. Taka strzelnica nie wymaga wielkiego zachodu, można ją rozstawić nawet w szkolnej sali gimnastycznej. Załóżmy, że tworzymy pięć stanowisk na 10 metrów. Jedna broń kosztuje kilkaset złotych. Do tego naciągi, tarcze. Wszystko powinno zamknąć się w 15 tys. zł. Jest jeszcze kwestia znalezienia osoby, która w takiej strzelnicy prowadziłaby zajęcia. Najtaniej byłoby przeszkolić nauczycieli wf. Pytanie, czy każdy odnalazłby się w nowej roli. – Dawno temu w szkołach prowadzono przysposobienie wojskowe, potem obronne. To nie było takie złe – mówi Bednarz. Oczywiście, można było mieć zastrzeżenia do nauczycieli przedmiotu, których w większości rekrutowano spośród oficerów rezerwy. Jedni mieli większe zacięcie dydaktyczne, drudzy niekoniecznie.

Strzelnica to nie boisko. Wymaga większych nakładów bezpieczeństwa. Bo jak ktoś ukradnie piłkę, tragedii nie ma. Co jednak, gdy zniknie karabin czy amunicja? – Strzelnica ma swoje zasady – słyszę w odpowiedzi od instruktorów. Poza monitoringiem i ochroną jest jeszcze zdrowy rozsądek i czujność. Czyli? Gdy człowiek zachowuje się nerwowo, nie zostanie obsłużony. Podobnie, jeśli alkomat wykaże cokolwiek powyżej zera.

W klubie przy Marymonckiej działa wiele sekcji, w tym – jedna z najlepszych w Polsce – sekcja strzelania dynamicznego. Odnosi spore sukcesy. Ściągają do niej pasjonaci. Ustawiają tory przeszkód, przesłony, przeszkody, bujaki. Albo gwiazdy sześcioramienne, na każdym metalowe kółko. Gdy oddasz strzał do pierwszego – odpada, a pozostałe zaczynają wirować. Żeby strącić pozostałe, trzeba przewidzieć ich ruch. Dwa razy w miesiącu odbywają się tu zawody. Uczestnicy ustalają zasady: tu nie wolno strzelać, tu nie można wystawić nogi. Ma to imitować rzeczywistość bojową. Nie można np. wyrzucić magazynku, w którym znajduje się choćby jeden nabój, bo trafi on w ręce wroga. Taka zabawa w wojnę dla dużych chłopców? – Zależy, kto czego szuka w tym sporcie. Tu również liczy się sprawność. Tempo, w jakim wyjmujesz broń z kabury, strzelasz, raz, dwa, trzy, 10 – mówią sami zainteresowani.

Teraz klub chce podpisać umowę z pobliską szkołą sportową. Dyrektor planuje otworzyć klasę o profilu strzeleckim. – Jeśli 30–40 dzieciaków będzie uczyło się strzelać, to mam nadzieję, że uda mi się znaleźć w tej grupie jedną osobę z autentycznym zacięciem. Surowy talent do oszlifowania – mówi Bednarz.

Efekt broni

Z każdym rokiem w Polsce przybywa pasjonatów broni i strzelania. Działają dziesiątki klubów. Niektóre, tak jak warszawska Legia, mają blisko 3 tys. zrzeszonych członków, w innych stan osobowy można policzyć na palcach jednej ręki. W sieci nie brakuje portali i blogów poświęconych tej tematyce. Można czasem odnieść wrażenie, że zapanowało pospolite ruszenie: o ile ludzi apelujących o powszechny dostęp do broni nie brakuje, o tyle zdeklarowanych pacyfistów jak na lekarstwo. Dlaczego? W końcu o tym, że obcowanie z bronią rodzi agresywne skojarzenia, pisali już w psychologii społecznej Leonard Berkowitz i Anthony LePage. Przeprowadzili nawet eksperyment. Okazało się, że bodźce z nią związane uruchamiają w głowie negatywne skojarzenia, co nazwano zjawiskiem ,,efektu broni”. Czy to oznacza, że budowanie strzelnic nie jest jednak najlepszym pomysłem?

– Po co dziecko uczyć strzelania? Jest wiele dyscyplin, które znacznie lepiej działają na rozwój psychiczny i fizyczny. To samo dotyczy dorosłych – mówi Marzena Kocurek z antyprzemocowej Fundacji Pozytywnych Zmian. Jej zdaniem, skoro uważamy, że komputerowe strzelanki mogą mieć katastrofalny wpływ na rozwój dzieci, to danie im broni do ręki jest pójściem o krok dalej. Milowy krok.

Marzena Kocurek przekonuje, że dziś w Polsce ludzie bywają sfrustrowani, przybywa ataków na tle rasistowskim. Dlatego zamiast mówić o krzewieniu kultury strzeleckiej, lepiej tonować nastoje. A wyciągany przez niektórych argument, że przez osiem lat nie było powszechnego obowiązku wojskowego i teraz, dla dobra ogółu, trzeba nadrobić zaległości? Szkolenia prowadzone w ramach Obrony Terytorialnej czy klasy strzeleckie nic nie dadzą. Ich uczestnicy nie mają żądnych szans w starciu z profesjonalnym żołnierzem. – Zapomnieliśmy o strasznych kartach XX w. – mówi. – Rośnie pokolenie, dla którego wojna staje się atrakcyjną grą. Robienie ze strzelania sportu narodowego tylko podsyca ten styl myślenia. Koszulki z napisami „Polacy do broni” są nieświadomym parciem do wojny, pokazywaniem jej jako czegoś pozytywnego.

Fakt, bractwa kurkowe i związki strzeleckie są elementem naszej tradycji. – To jednak bardzo wybiórcza fascynacja historią. Czerpiemy z niej to, co nam odpowiada. Tamte stowarzyszenia funkcjonowały w innych realiach. Starymi metodami nie zapewnimy sobie bezpieczeństwa. Wojna nie jest ku chwale ojczyzny. To największa tragedia, jaka może spotkać człowieka – ucina. I przekonuje, że zamiast myśleć o strzelaniu, rząd powinien skoncentrować się na wdrażaniu np. sensownych programów edukacyjnych dotyczących radzenia sobie z agresją.

Na razie strzelnice powstają oddolnie, z inicjatywy klubów i miłośników. Jeszcze kilka lat temu było ich niespełna 200. Teraz ponad 330. Wiele z nich znajduje się w dyspozycji Ligi Obrony Kraju, inne są w rękach prywatnych. W sieci gęsto od porad, jak załatwić formalności. Wystarczy, że wójt zaakceptuje regulamin, a obiekt będzie spełniał kilka wymogów: kulochwyt za tarczą (najczęściej chodzi o wał ziemny), lustro wód gruntowych głębiej niż metr pod powierzchnią. Do tego strzelnicy nie można budować na terenie parku czy rezerwatu. Ograniczeniem są też pieniądze: żeby pójść na strzelnicę, trzeba mieć w kieszeni ok. 100 zł. Tyle kosztuje amunicja, średnio 1,5 zł za sztukę.

Oko i dłonie w ojczyzny obronie

Za sprawą Ministerstwa Sportu i MON do tablicy wywołane zostały także bractwa kurkowe. Czyli pochodzące ze średniowiecznej Europy Zachodniej organizacje strzeleckie uczące mieszczan posługiwania się bronią na wypadek konieczności obrony murów miejskich. Tyle mówi skrócona definicja encyklopedyczna. Jerzy Wypych, starszy Bractwa Strzelców Kurkowych w Kaliszu, mógłby opowiadać na ten temat dużo, dużo dłużej. Ale ostatnie pomysły ministerstw ocenia krótko: nic nowego. Za czasów poprzednich szefów obrony narodowej też podpisywano umowy o współpracy wojskowej. Bo niemal każde bractwo w Polsce ma swoją strzelnicę (bywa, że korzysta z niej policja), współpracuje ze szkołami, z klasami mundurowymi.

Bractwa mają wielowiekową tradycję. Narodziły się w Hiszpanii podczas rekonkwisty. Chrześcijanie walczyli o wyparcie Maurów z Półwyspu Iberyjskiego. Władcy rozumieli, że na spaloną ziemię musi wrócić życie, trzeba odbudować miasta. Do powrotów zachęcali, dając więcej praw i samorządności. Ludzie bronili wolności, tworząc stowarzyszenia zaprzysiężone. Łączyły ich dane słowo i obowiązek. Nie wystarczyło mieć domu w mieście, trzeba było jeszcze posiadać broń i w razie konieczności umieć się nią posłużyć, gdy wróg stanie u bram. W Polsce bractwa kurkowe pojawiły się wraz z upowszechnianiem prawa miejskiego wzorowanego na prawie miast Magdeburga i Lubeki.

Tyle skróconej lekcji historii. Ale czy przyświecające braciom hasło „Ćwicz oko i dłonie w ojczyzny obronie” ma jeszcze rację bytu? Dla Jerzego Wypycha sprawa jest oczywista. Wystarczy wspomnieć historię Kalisza. W sierpniu 1914 r. wojska niemieckie zbombardowały, a potem podpaliły bezbronne miasto. Obywatele Kalisza w 1918 r. rozpoczęli przygotowania do powołania Straży Obywatelskiej zdolnej obronić miasto i nie dopuścić do sytuacji sprzed kilku lat. 10 listopada został powołany Sztab Wojskowy Ziemi Kaliskiej łączący Polską Organizację Wojskową i Straż Obywatelską. Dzień później szef sztabu por. Juliusz Ulrych, jeden z setników Straży, przejął władzę w Kaliszu. – Nie znamy dnia ani godziny, kiedy bractwo znów będzie przydatne. A my zawsze dobrze strzelaliśmy. Cały czas trenujemy. W Kaliszu jest nas 30 czynnych braci. W całym kraju w 120 bractwach, zrzeszonych w Zjednoczeniu Kurkowych Bractw Strzeleckich RP, działa ponad 5 tys. ludzi. Gotowych stawić się na każde wezwanie – przekonuje.

Wiele lat temu była taka reklama nawiązująca do Sienkiewiczowskiego „Potopu”: „Ojciec prać? Prać”. Bardzo się bractwom nie podobała, bo wyśmiewała pośrednio rzecz dla nich świętą – kontusz. – Gdy wtedy miałem go na sobie, ludzie czasem żartowali – wspomina Jerzy Wypych. Ale to już było. Dziś podkreśla, że się w kontusz ubiera, a nie przebiera.

Bractwo kaliskie ma swoją strzelnicę w samym centrum miasta. To historyczne miejsce. Przed wojną też stała tu strzelnica, otwarta. Teraz została wybudowana z zadaszeniem. Są tu stanowiska na 50 metrów i podnośnik z przechwytywaczem. Specjalnie, by celować do kura. To specyfika polskich bractw, bo w innych krajach strzela się do ptaka często wyobrażonego jako papuga. Ptak jest umowny, przytwierdzony do żerdzi i to ją trzeba przestrzelić. – To nie takie trudne, wiele zależy od szczęścia – mówi Jerzy Wypych. Przekonuje skromnie, że swoje trofeum zdobył kiedyś przypadkiem.

Bracia spotykają się co dwa tygodnie, każda okazja jest dobra, by porozmawiać i postrzelać. Czasem ktoś obchodzi imieniny, czasem w ten sposób hucznie rozpoczynają Wigilię. – W Tłusty Czwartek też zrobimy spotkanie przy pączku i będziemy strzelać – śmieje się. To, co mu się nie podoba, to fakt, że bractwo musi tworzyć klub strzelectwa sportowego, wykazywać się aktywnością i wynikami. Bez tego klub nie mógłby funkcjonować. – Ustawodawca nie rozumie, że od ponad 700 lat działamy w obronie ojczyzny. Mówią o tym kroniki. Tymczasem w Polsce funkcjonuje dziś jedno z najbardziej rygorystycznych praw dotyczących posiadania broni. Jeśli chcemy ją mieć, musimy należeć do związku strzelectwa sportowego. To zaprzeczenie istoty bractwa, wolności i samostanowienia. Łączy nas przysięga. Historia pokazuje, że potrafimy jej dotrzymać. Dlaczego ustawodawca tego nie widzi?

– Nie rozumiem ludzi, którzy mówią, że dostęp do broni jest utrudniony. To tak samo jak z prowadzeniem samochodu. Zanim wsiądziesz i wyruszysz na ulicę, musisz zrobić prawo jazdy. Broń jest narzędziem bardzo niebezpiecznym dla osoby, która nie potrafi się nią posługiwać. Restrykcje mają zapewnić bezpieczeństwo przede wszystkim posiadaczowi – odpiera zarzuty Eugeniusz Bednarz. Ustawa o broni i amunicji nakłada obowiązki, ale jak przekonuje, wszystkie procedury osobie zorientowanej w temacie zajmą około pół roku. – Taki człowiek przychodzi do nas, odbywa wstępny staż kandydacki. Potem zapisuje się do klubu, odbywa trzymiesięczne szkolenie. Po nim może zdawać egzaminy na patent strzelecki, który jest podstawą do wydania licencji sportowej. Wtedy, mając komplet dokumentów, można złożyć na policji wniosek o uzyskanie pozwolenia na broń.

Ręka ani drgnie

Kiedy powstaną pierwsze strzelnice? Politycy nabrali wody w usta. W sprawie głośno wypowiada się tylko poseł Stanisław Pięta (PiS), znany od lat entuzjasta dostępu do broni i samych strzelnic. Samorządowcy unikają rozmowy na ten temat, boją się, że zostaną obciążeni kosztami, że nie podołają organizacyjnie, że sprawa wywoła niepotrzebne lokalne niepokoje. – To temat polityczny. Może lepiej przeczekać i sprawa przycichnie – mówią z nadzieją dwaj kolejni wójtowie, prosząc o anonimowość.

W debatę zaangażowali się natomiast młodzi partyjni działacze. – To bardzo dobry pomysł. Osiem lat temu, gdy likwidowano powszechną służbę wojskową, nie było takiego zagrożenia, jak dziś. Od czegoś trzeba zacząć, zaszczepić bakcyla – przekonywał Damian Kowalczyk z Forum Młodych PiS.

Dla Kacpra Lawery ze Stowarzyszenia „Młodych Demokratów” sprawa nie jest tak oczywista. Czym innym jest nauka posługiwania się bronią w obronie własnej, a czym innym budowanie na tej podstawie jednego z filarów obronności kraju. I proponuje, by zamiast w strzelanie, inwestować w lekkoatletykę i pływanie. – Można nie umieć grać w piłkę czy koszykówkę. Bo te zdolności w przypadku zagrożenia nie są potrzebne. Ale w kryzysie umiejętność bezpiecznego przeładowania broni jest o wiele cenniejsza – odpowiadał mu Jan Strzeżek z Polski Razem. I cytował słowa ministra Romualda Szeremietiewa, że na jednego partyzanta przypada 20 wyszkolonych żołnierzy.

Jest jeszcze pytanie z gatunku elementarnych: czemu w czasach pokoju służy strzelanie? Ci, którzy połknęli bakcyla, przekonują, że to jeden z bardziej spokojnych sportów, pozwalających wyciszyć się, odizolować od świata. Liczą się tylko tarcza, cel i człowiek. Strzelanie uczy pokory, samodyscypliny, panowania nad emocjami i poziomem adrenaliny, który bywa olbrzymi. Podczas międzynarodowych zawodów przeprowadzono kiedyś badania. Okazało się, że zawodniczka, której nie drgnęła ręka, miała tętno bliskie 160!

– Nie jestem bezstronny. Córka i siostrzeniec są aktywnymi członkami klubu. Mojej żony ten temat kompletnie nie interesuje. Co najwyżej, gdy kupię jakąś wyjątkową sztukę broni, to przez grzeczność kiwnie głową, że ładna – opowiada Eugeniusz Bednarz. Zgadza się, że stosunek do strzelania jest sprawą bardzo indywidualną. – Jedni wybierają szachy, inni pianino czy piłkę. Nowa umiejętność jeszcze nikomu nie zaszkodziła.