Sznur samochodów, autoriksz i motocykli grzęźnie w korku. Nie można nawet zawrócić i po kilku minutach zniecierpliwieni kierowcy ciężką ręką traktują klaksony. Odgłosy zlewają się w jedną ogłuszającą kakofonię dźwięków.

Sudarshana Chanda nie wytrzymuje. Wysiada z rikszy i przeciska się w stronę czoła kolumny pojazdów. Po lewej mija świątynię Dźagannatha skąpaną w gęstym białym świetle halogenów i ogromne kontenery wypełnione po brzegi cuchnącymi śmieciami. Przed samym wejściem czekają spojrzenia kierowców riksz, którzy mierzą wzrokiem długość sukienek przechodzących dziewczyn.

„Jeszcze tylko szlaban i wreszcie będę w środku” - 27-letnia Sudarshana przyśpiesza kroku, schyla się i przechodzi pod metalową bramką. Oddycha z ulgą.

Jest sobota wieczorem i razem z Chandą do „wioski” Hauz Khas idzie bawić się elita Delhi. Młode kobiety, które na co dzień wybierają skromne stroje, wreszcie mogą poczuć się swobodnie. Przywdziewają krótkie sukienki i szpilki, pojawiają się uśmiechy.

„To jest inny świat, Hauz Khas jest inną planetą w porównaniu z ulicami Delhi” - Sudarshana pokazuje ulubione puby, kluby i restauracje, w których występowała. Razem z zespołem śpiewa jazz i blues. Osiedle Hauz Khas, nazywane formalnie wioską, od kilkunastu lat jest enklawą zachodniej kultury w stolicy Indii.

„Często śpiewam do kotleta, dla publiczności, którą bardziej obchodzi prestiż miejsca i swoboda niż sama muzyka” - dodaje i mówi, że ceny w restauracjach dawno dogoniły, a czasem przegoniły europejskie standardy.

„To jest cena luksusu” - tłumaczy Francois Servant, który prowadził tutaj popularny klub muzyczny Rumbar. Francuz był jednym z pionierów Hauz Khas.

Najpierw mieszkania w okolicach średniowiecznego fortu Hauz Khas, nad rozległym parkiem, zaczęli wynajmować artyści, pisarze, muzycy i projektanci mody. Wielu z nich studiowało wcześniej w Europie i USA. Swoją niszę znaleźli też obcokrajowcy szukający swojej szansy w Indiach. Błyskawicznie zaczęły powstawać lokale nawiązujące stylem i standardem do miejsc ze stolic pierwszego świata.

Hauz Khas szybko stał się modny. Młodzi i majętni delhijczycy zamiast czaju, tradycyjnej herbaty z mlekiem i przyprawami, wybierali włoską latte i belgijską czekoladę. Życie towarzyskie w kawiarniach i galeriach zaczęło kwitnąć. Już nie tylko spotykali się na prywatkach, ale mieli alternatywę poza domem rodzinnym i czujnym okiem służących.

Servant uważa, że przynajmniej od czasów brytyjskiej kolonii elita Indii jest zafascynowana Zachodem i to się nie zmieniło. Jego zdaniem gusta Indusów wymagają tylko ukształtowania, bo gotówki i ludzi majętnych w tym kraju nie brakuje. Dlatego Francois stracił swój świetnie prosperujący klub muzyczny - z dnia na dzień właściciel budynku podniósł czynsz do abstrakcyjnego poziomu. Szybko znaleźli się jednak chętni na wynajem pustego lokalu.

„Każda z tych willi kosztuje po kilkadziesiąt milionów dolarów” - Vani Sood pokazuje budynki ukryte za wysokimi murami na ulicy Jorbagh. Gęsto zacieniona aleja leży w tzw. Delhi Lutyensa.

Dzielnica powstała na południe od starego Delhi i w przeciwieństwie do dusznego miasta ma szerokie aleje, ogrody i szykowne wille. Jej sercem jest kompleks budynków rządowych z bramą Indii. Stąd Brytyjczycy mieli rządzić swoją najważniejsza kolonią.

„Ale płucami są ogrody Lodhich” - mówi Sood, która jest architektem. Dla niej miasto Lutyensa jest nie mniej ważne niż antyczne budowle Indii. „Tylko że często o to miejsce bardziej się dba. Ma też wymierną wartość rynkową” - dodaje prowadząc przez ogromny park z codziennie podlewaną i pielęgnowaną trawą, różanymi ogrodami i drzewami, które są rzadkim widokiem w innych częściach miasta.

Na początku 2016 r. firma Assam z Kalkuty kupiła posiadłość na działce o powierzchni 13 tys. m kw. na ulicy Bhagwan Das za bagatela 164 mln USD. Transakcje o wartości 30-70 mln USD nie budzą już takich emocji.

„Teraz nowym trendem jest kupowanie willi na plantacjach pod samym Delhi, ale jeszcze w linii metra biegnącego na południe do miasta Gurgaon” - tłumaczy Sood, która projektowała takie domy. Na obrzeżach miasta jest ich ponad 2,5 tys., a zapotrzebowanie rośnie. „To prawda, że są jak złote rolexy lub ferrari dla biznesmenów. Na pokaz” - dodaje.

Ceny najmniejszych o powierzchni 4 tys. m kw. zaczynają się od 150 mln rupii (2,3 mln USD) i sięgają kilkudziesięciu mln dolarów.

W branży nieruchomości niemal otwarcie opowiada się historie o biznesmenach i politykach kupujących posiadłości za gotówkę. To tzw. posiadłości „benami” kupowane pokątnie, przez podstawione osoby, dla uniknięcia podatków i prania pieniędzy.

Podatków jak ognia unikają najbogatsi i indyjską normą są firmy w rajach podatkowych. Organizacja Oxfam podaje w swoim najnowszym raporcie, że 57 dolarowych miliarderów ma majątek równy majątkowi 70 proc. Indusów.

Kiedy na jesieni 2016 r. premier Narendra Modi z dnia na dzień ogłosił demonetyzację, czyli wycofanie banknotów 500 i 1000-rupiowych z obiegu i wymianę na nowe banknoty, blady strach padł na całą branżę.

Z Delhi Paweł Skawiński