– Te materiały powinniśmy wypuścić tuż przed wyborami – tak instruuje czeski wicepremier, minister finansów i miliarder w jednej osobie reportera jednej z głównych czeskich gazet. Do sieci wyciekły nagrania ze spotkań Andreja Babisza z reporterem poczytnego dziennika „Mlada Fronta Dnes” (MFD). Właścicielem gazety jest nikt inny jak sam polityk.

Sprawa może stać się gwoździem do trumny obecnego rządu. Nie oznacza to jednak, że Babisz wypadnie z politycznego obiegu. Jak dotąd wiele wskazywało, że minister finansów jesienią tego roku może zostać nowym premierem Czech. Jeszcze w kwietniu – jak wynikało z sondaży – należał do najbardziej popularnych polityków z niemal 60-proc. poparciem. I to już po tym, jak wyszło na jaw kilka afer z jego udziałem, jego centroprawicowa, populistyczna partia ANO (skrót od Akcja Niezadowolonych Obywateli – akronim tworzy czeskie TAK) jest w czołówce sondaży wyborczych. Zapowiedzią sukcesu były wygrane wybory samorządowe oraz wysoka pozycja w wyścigu do europarlamentu. I choć pod koniec tygodnia w Pradze i Brnie dziesiątki tysięcy ludzi demonstrowały właśnie przeciw Babiszowi i prezydentowi Miloszowi Zemanowi, to afery niekoniecznie przesądzą o politycznej śmierci miliardera. Czesi go lubią i do tej pory na jego wybryki patrzyli przez palce.

Według ostatniego rankingu „Forbesa” 3,3 mld dol. majątku daje Babiszowi 564. miejsce na świecie (w regionie przed nim są tylko Petr Kellner oraz Sebastian i Dominika Kulczykowie). Dziś porównywany do Donalda Trumpa, a wcześniej do Rockefellera Andrej Babisz (z pochodzenia Słowak) posiada koncern Agrofert, w skład którego wchodzi ponad 250 firm, przede wszystkim z przemysłu chemicznego i spożywczego oraz rolnictwa, który zatrudnia ok. 35 tys. ludzi. Jest też potentatem na rynku medialnym – jako właściciel domu mediowego MAFRA kontroluje dwie najpoczytniejsze gazety i radio, a także telewizję muzyczną.

Bocianie gniazdo

Historie z telefonami na biurko redaktorów, których teksty Babiszowi się nie podobały, media opisywały już kilka lat temu. W zeszłym tygodniu redaktor naczelny „MFD” tłumaczył, że jest to normalne i nie widzi w tym nic złego. – Politycy już tak mają – oświadczył w wywiadzie radiowym. Jednak nagrania pokazują, jak duży mógł być ten wpływ. Dziennikarz m.in. pokazywał mu tajne akta policyjne spraw, które mogłyby zaszkodzić politycznym konkurentom Babisza z rządu (w skład rządzącej koalicji obok ANO wchodzą socjaldemokraci oraz chadecy).

Taśmy, które umieściła na Twitterze anonimowa osoba, pojawiły się w najbardziej gorącym dla miliardera momencie. Premier właśnie zażądał jego dymisji, oskarżając o nieczyste operacje finansowe. W 2012 r. Babisz za 1,5 mld koron (ok. ćwierć miliarda złotych) kupił specjalne obligacje wyemitowane przez Agrofert. Dzięki temu uniknął opodatkowania dywidendy, na czym zaoszczędził ok. 90 mln koron. Teraz z jednej strony, musi się bronić przed oskarżeniami, że chciał oszukać państwo na podatkach (Babisz argumentuje, że zrobił to, co większość przedsiębiorców). Ale również odpowiedzieć na pytanie, skąd miał takie pieniądze. Dziennikarze tygodnika „Echo” wyliczyli, że nie dysponował wówczas taką gotówką. Sprawą zajęła się policja.

Opozycja i media zarzucają mu także wykorzystywanie pozycji politycznej na rzecz własnego biznesu. Odkąd jest ministrem finansów, może wpływać np. na dotacje, które zasilają różne obszary jak przemysł czy rolnictwo. W efekcie najczęściej korzystają na tym firmy samego ministra. W 2015 r. tygodnik „Respekt” wyliczał, że dzięki różnego rodzaju wsparciu państwowemu Agrofert zyskał ok. 3 mld koron. Jednym z przykładów, który przebił się do mediów, była sprawa luksusowego hotelu Bocianie Gniazdo, na którego budowę Babisz otrzymał 50 mln koron unijnej dotacji (właścicielem hotelu wówczas była osoba spokrewniona z Babiszem). Sprawą zajęły się OLAF, Europejski Urząd ds. Zwalczania Nadużyć Finansowych, oraz czeska policja. Wyniki śledztwa miały być już w marcu, jednak śledczy poprosili o więcej czasu, by ostatecznie ogłosić, że może lepiej przedstawić je po jesiennych wyborach.

Jako wpływowy polityk Babisz skutecznie prowadził czarny PR przeciw polskim produktom spożywczym – tak walczył z konkurencją biznesową. Słynne było jego wystąpienie w telewizji (program dotyczył jakości polskiego jedzenia), podczas którego odmówił zjedzenia polskiej kiełbasy – przekonując, że „takiego gówna jadł nie będzie”. Zaś w grudniu 2014 r. wyszło na jaw, że czeski sanepid otrzymał specjalne wytyczne nakazujące nadzwyczajne kontrole produktów z Polski.

To niejedyny spór na linii z Polską – Babisz od lat bezskutecznie walczy w sądach z Orlenem, żądając ok. 3 mld zł odszkodowania za niedotrzymanie umowy. Na początku wieku zawarł tajną umowę, dzięki której po zakupie przez PKN Orlen od czeskiego rządu firmy paliwowej Unipetrol polska spółka miała Agrofertowi przekazać chemiczną część Unipetrolu. Ostatecznie Orlen wolał zapłacić kary umowne i nie oddał nic firmie Babisza.

Lex Babisz

Konflikty interesów ma ukrócić wprowadzone rok temu prawo, które zakazuje członkom rządu posiadania firm ubiegających się o zamówienia czy dotacje publiczne bądź działających na rynku medialnym. Nowe prawo przyjęło się jako „lex Babisz”, ale biznesmen niewiele sobie z tego robi. Ogłosił, że firmę przekaże w ręce funduszu, nad którym będzie sprawował kontrolę. A poza tym może większość przepisać na swoją partnerkę (z którą, jak ogłosił kilka dni temu, weźmie ślub, a wesele wyprawi w... Bocianim Gnieździe).

Nawet ci, którzy za nim nie przepadają, przyznają, że jest niezwykle sprawnym biznesmenem. Wszystkiego dorobił się sam. Pracę rozpoczął w latach 80. w działającej na rynku chemicznym centrali handlu zagranicznego Petrimex. Przebywał m.in. w Maroku (to z tego czasu pojawiły się dokumenty świadczące o współpracy z tajnymi służbami; sąd uniewinnił go, orzekając, że był nieświadomym współpracownikiem). Na początku lat 90. wykorzystał „dziki kapitalizm” i prywatyzację. W 1994 r. skupował kolejne firmy, tworząc Agrofert, by w końcu osiągnąć pozycję jednej z najbogatszych osób w regionie. Teraz walczy, by utrzymać pozycję najbardziej wpływowego polityka.

>>> Czytaj też: Zbigniew Parafianowicz: Entente cordiale przeciw dobrej zmianie [OPINIA]