– Doszliśmy do wniosku, że podtrzymamy zasadę dwóch kadencji, ale z karencją. Są jeszcze inne koncepcje, ale każda z nich sprowadza się do tego, że to zostanie odłożone – zapowiedział wczoraj prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński.

Zasada, zgodnie z którą szefowie miast i gmin mieliby ustąpić ze stanowiska z zakazem dalszego kandydowania po dwóch odbytych kadencjach, zacznie zatem obowiązywać najwcześniej od 2026 r. (zakładając, że nadal będą wybierani na cztery lata). Tak więc tacy wieloletni włodarze, jak: Paweł Adamowicz, prezydent Gdańska, Hanna Zdanowska z Łodzi, Jacek Majchrowski z Krakowa, Wojciech Szczurek z Gdyni czy Zygmunt Frankiewicz z Gliwic, mogą spać spokojnie.

Oficjalne powody rezygnacji partii rządzącej z obranego wcześniej kursu są dwa. Po pierwsze, nie było pewności, czy dwukadencyjności obowiązującej już od 2018 r. i skutkującej „wycinką” 1,6 tys. osób pełniących funkcje od dłuższego czasu nie zakwestionuje Trybunał Konstytucyjny. Po drugie, prezydent Andrzej Duda i jego ludzie wyraźnie dali znać, że głowa państwa nie podpisze ustawy w takim kształcie, uznając ją za niezgodną z ustawą zasadniczą.

Choć twarde stanowisko prezydenta wydaje się decydujące, sejmowa opozycja dopatruje się jeszcze innych powodów. – PiS jest w pewnym kryzysie politycznym, zarówno wewnętrznym, w ramach którego ścierają się frakcje, jak i zewnętrznym, co widać po sondażach – ocenia Jan Grabiec, poseł PO. Dodaje jednak, że wczorajsza zapowiedź prezesa PiS nie do końca uspokaja nastroje. – Cały czas dochodzą do nas z PiS głosy o jednej turze wyborów prezydentów miast, wyższych progach wyborczych czy wyłącznie partyjnych listach. Wiemy, że takie projekty są przyszykowane i PiS może w każdej chwili je wyciągnąć – twierdzi Grabiec.

Z zapowiedzi Jarosława Kaczyńskiego cieszą się ludowcy. Liczbowo to oni mieliby najwięcej do stracenia, bo PSL ma 189 dwukadencyjnych włodarzy, podczas gdy z PiS jest ich 42, a z PO 32.

– O tym, kto będzie gospodarzył w gminach, powinien decydować suweren, a nie partia – mówi Piotr Zgorzelski, poseł PSL. Nasi rozmówcy wskazują na jeszcze jeden możliwy powód. PiS mógł przestraszyć się konkurencji ze strony najbardziej rozpoznawalnych burmistrzów i prezydentów miast, gdyby zostali usunięci ze stanowisk. – Odchodzący ze stanowisk znani i lubiani wójtowie mogliby nam wzmocnić kadry w powiatach i województwach – przyznaje jeden z ludowców. Ale w grę wchodziły jeszcze wybory parlamentarne, do których dojdzie w 2019 r., czyli niedługo po samorządowych. – Stworzylibyśmy sobie potencjalnie silną konkurencję. Z tego względu decyzja prezesa Kaczyńskiego to dla wielu z nas ulga – przyznaje jeden z działaczy PiS. Nietrudno wyobrazić sobie scenariusz, w którym np. Paweł Adamowicz czy Jacek Majchrowski, pozbawieni możliwości startu na kolejną kadencję, postanowiliby spróbować swoich sił w wyborach do Sejmu. W grę wchodziłaby też zamiana ról. – Znam miejsce na Mazowszu, gdzie już był kreślony scenariusz, że jedna z posłanek pójdzie na fotel prezydenta miasta, a prezydent poczeka pół roku i wystartuje w wyborach parlamentarnych – zdradza nam jeden z ludowców.

A co na to najbardziej zainteresowani? – Dobrze, że w PiS dostrzeżono niekonstytucyjność proponowanego rozwiązania – ocenia Marek Olszewski, szef Związku Gmin Wiejskich RP. – Teraz jest pora na spokojną dyskusję, być może w ramach zapowiadanych przez prezydenta Andrzeja Dudę modyfikacji ustawy zasadniczej – wskazuje Marek Olszewski.

Niewykluczone, że w ramach prezydenckiego referendum uda się zapytać Polaków także o kwestię dwukadencyjności lokalnych władz. Tym bardziej że tematyka plebiscytu zapowiada się rozlegle – wczoraj RMF FM podał, że wśród pytań mogłoby się znaleźć np. dotyczące wprowadzenia przez Polskę waluty euro.

>>> Czytaj też: Poważny dylemat Angeli Merkel: francuska wizja UE jest nie do zaakceptowania przez Niemcy