Sprawca tragedii, zamożny 64-letni emerytowany księgowy Stephen Paddock, którego prezydent określił kilkakrotnie jako "poważnie chorego na umyśle", po ostrzelaniu uczestników festiwalu popełnił samobójstwo, gdy komandosi ze specjalnej jednostki policji sforsowali drzwi jego pokoju na 32. piętrze hotelu i kasyna Mandalay Bay.

Prezydentowi w jego krótkiej, zaledwie czterogodzinnej wizycie w Las Vegas oprócz pierwszej damy Melanii Trump towarzyszyli ustawodawcy z Partii Republikańskiej reprezentujący w Kongresie stan Nevada oraz przywódca republikańskiej większości Izby Reprezentantów Kevin McCarthy. Wśród śmiertelnych ofiar tragedii w Las Vegas jest czterech mieszkańców kalifornijskiego okręgu wyborczego kongresmana McCarthy'ego.

Prezydent Trump podczas wizyty w Las Vegas rozmawiał z rodzinami ofiar, odwiedził w okolicznych szpitalach uczestników koncertu, którzy odnieśli w niedzielę obrażenia, oraz spotkał się z funkcjonariuszami policji i ekipami pogotowia ratunkowego.

W czasie wizyty wielokrotnie podkreślał, że skala tej tragedii byłaby jeszcze bardziej przerażająca, gdyby nie poświecenie i odwaga funkcjonariuszy policji, lekarzy i ratowników oraz zwykłych obywateli, którzy, nie dbając o swoje bezpieczeństwo, śpieszyli z pomocą innym.

"Słowa nie są w stanie opisać odwagi, jakiej świadkiem był świat niedzielnej nocy. Amerykanie przeciwstawili miłość i odwagę śmierci i nienawiści" - powiedział Trump, występując w środę w centrum dowodzenia policji w Las Vegas.

Paddock, hazardzista i zamożny inwestor, który zmagazynował w swoim hotelowym apartamencie 23 sztuki broni palnej (w tym karabiny maszynowe) i setki magazynków amunicji, oddał pierwsze strzały w niedzielę o godz. 22 czasu miejscowego (7 rano w poniedziałek w Polsce).

Cała operacja policji, po 10-minutowym ostrzale, który uczestnikom koncertu "wydawał ciągnąć się w nieskończoność", skończyła się o godz. 22.19, gdy komandosi ze specjalnej jednostki SWAT (Special Weapons and Tactics) sforsowali drzwi pokoju i znaleźli martwego sprawcę rzezi.

Amerykański prezydent w przeddzień wizyty w Las Vegas, we wtorek, był w Portoryko spustoszonym dwa tygodnie wcześniej przez huragan Maria. W środę więc Trump po raz drugi musiał wystąpić w smutnej roli, którą media określają mianem "głównego pocieszyciela Amerykanów". Tym razem prezydent USA był w mieście, które - jak powiedział w swoim pierwszym wystąpieniu w reakcji na tragedię w Las Vegas - było sceną manifestacji "czystego zła" człowieka.

Z Waszyngtonu Tadeusz Zachurski (PAP)