Prawdopodobnie żaden ekonomista nie będzie kwestionował poglądu, że rozwój międzynarodowego handlu towarami i usługami prowadzi do efektywnego wykorzystania ograniczonych zasobów, jakimi dysponuje każde państwo. Nawet gdyby jeden kraj potrafił każdy towar wytworzyć najtaniej, to i tak najbardziej opłacalną dla niego strategią byłaby koncentracja na tych produktach, dla których parametry wymiany handlowej są najkorzystniejsze. Specjalizacja się opłaca, a na wymianie międzynarodowej zyskać mogą wszyscy. Tę teorię potwierdziła praktyka. Dynamiczny wzrost skali międzynarodowego handlu – w 2008 r. eksport stanowił równowartość 25,5 proc. światowego PKB wobec niecałych 15 proc. na początku lat 90. – zbiegł się z najdłuższym okresem prosperity w powojennej historii świata.

Liberalizacja postępuje wolniej

Ale kryzys finansowy trend ten wyhamował. W ciągu 20 lat przed jego wybuchem globalny handel w ujęciu ilościowym rósł w średnim tempie niemal 7 proc. na rok. Po 2011 r. tempo wzrostu obniżyło się do 3,1 proc. W ujęciu wartościowym eksport towarów spadł w zeszłym roku drugi raz z rzędu, a w relacji do globalnego PKB znaleźliśmy się na najniższym poziomie od siedmiu lat. To jednak przede wszystkim efekt niższych cen surowców, w szczególności ropy naftowej.

Teoretycznie przeszkód w rozwoju międzynarodowej wymiany jest coraz mniej – międzynarodowe umowy o wzajemnych preferencjach w handlu obejmują coraz większe grupy państw, czego konsekwencją jest spadek ceł. Ostatni przykład to ratyfikowane przez Parlament Europejski w lutym tego roku porozumienie handlowe między Unią Europejską i Kanadą. CETA weszła w życie – na razie wyłączone z niej zostały kwestie ochrony inwestycji – we wrześniu i oznacza całkowitą liberalizację w handlu towarami, a w tych obszarach, gdzie wymiana nie zakłada pełnej swobody w dniu wejścia umowy w życie, cła będą stopniowo obniżane. Podobną umowę Unia negocjuje z Japonią.

– Nawet jeśli nie wszystkie rozmowy w sprawie umów kończą się podpisaniem porozumienia, czego przykładem jest zawieszenie negocjacji w sprawie utworzenia strefy wolnego handlu między USA i Unią, to trend w kierunku liberalizacji handlu jest wyraźnie widoczny. Przejawem tej tendencji na rynku unijnym jest na przykład zniesienie kwot mlecznych czy cukrowych – mówi Jakub Olipra, ekonomista banku BGŻ BNP Paribas.

Po zeszłorocznym zwycięstwie w wyborach prezydenckich Donalda Trumpa z tego trendu wyłamały się Stany Zjednoczone. Nowy prezydent nie tylko wycofał się z rozmów z Unią Europejską, lecz także nie podpisał negocjowanej przez 12 lat umowy transpacyficznej (TPP), która miała połączyć strefą wolnego handlu USA z 11 państwami Azji i Pacyfiku. Stany Zjednoczone rozpoczęły także rozmowy w sprawie renegocjacji północnoamerykańskiej umowy o wolnym handlu (NAFTA), która łączy je z Kanadą i Meksykiem. Trump uważa, że NAFTA doprowadziła do odpływu miejsc pracy z USA i jest dla jego kraju niekorzystna. Choć w znacznej części zwrot Stanów Zjednoczonych w kierunku protekcjonizmu okazał się tylko pozorny, to jednak największa gospodarka świata jest krajem, który w największym stopniu broni swojego rynku przed zagranicznymi produktami.

Służą do tego bariery pozataryfowe. To według Światowej Organizacji Handlu (WTO) jeden z głównych czynników hamujących wzrost wymiany międzynarodowej.

Ceł nie ma, protekcjonizm jest

Ograniczenia w handlu w postaci na przykład kwot importowych czy dodatkowych wymagań sanitarnych wobec sprowadzanych z zagranicy produktów, w sytuacji kiedy podwyższania ceł zabraniają międzynarodowe umowy, są często wykorzystywanym narzędziem do ochrony własnego rynku. Stany Zjednoczone takich barier stosowały na koniec czerwca tego roku ponad 1,8 tys., czyli ponad 15 proc. wszystkich wprowadzonych przez państwa wchodzące w skład WTO.

Polscy przedsiębiorcy stykają się z nimi relatywnie rzadko, bo USA nie mieszczą się w pierwszej dziesiątce naszych partnerów handlowych. Ale na pozataryfowe bariery trafiamy w innych państwach. – Wysłaliśmy partię towaru do jednego z krajów Bliskiego Wschodu. Na granicy okazało się, że nasze akumulatory muszą spełniać dodatkowe wymagania techniczne. A wiedzieliśmy, że sprzęt funkcjonujący na tamtejszym rynku takich wymagań nie spełnia. Ostatecznie zrezygnowaliśmy z wejścia do tego kraju, a towar sprzedaliśmy na innych rynkach regionu, gdzie nikt nam takich barier nie stawia – mówi Konrad Sznajder, wiceprezes firmy AP Sznajder, która sprzedaje akumulatory w ponad 50 państwach.

Z protekcjonizmem polskie firmy regularnie stykają się także na rynkach unijnych. Dotyczy to przede wszystkim produktów rolno-spożywczych, które są jedną z naszych eksportowych specjalności. Jesteśmy jednym z największych światowych eksporterów drobiu, pieczarek czy jabłek.

– Sektor rolno-spożywczy jest traktowany jako strategiczny z punktu widzenia niezależności i bezpieczeństwa danego kraju. Dlatego mimo że w krajach wysokorozwiniętych wytwarza tylko kilka procent wartości dodanej w gospodarce, to zawsze znajdują się politycy gotowi go bronić. Nawet jeśli mówimy o państwach Unii, gdzie przepływ towarów nie powinien być w żaden sposób skrępowany – mówi Olipra.

Do najbardziej perfidnej grupy działań protekcjonistycznych, z którymi najtrudniej jest walczyć, ekonomista zalicza nieuzasadnione kwestionowanie jakości i bezpieczeństwa żywności oraz podważanie wiarygodności polskich instytucji nadzorujących bezpieczeństwo żywności. Tę strategię stosują Czesi, którym udało się w ten sposób doprowadzić do spadku importu polskiej żywności.

Innym sposobem ochrony rynku są próby zmniejszenia opłacalności importu żywności przez dodatkowe wymagania. Na przykład rząd bułgarski planuje wprowadzenie obowiązku sprzedawania żywności w opakowaniach z oryginalnymi napisami w języku bułgarskim.

Można też próbować dyskryminować zagraniczną żywność, tak jak Włosi. Na przykład na produkowanych w tym kraju serach musi znaleźć się informacja, z jakich krajów pochodziły użyte do ich wytworzenia półprodukty. W ten sposób Włosi chcą nakłonić swój przemysł spożywczy do korzystania z rodzimego mleka zamiast sprowadzania tańszego surowca z naszego regionu Europy.

Eksport towarów spadł w zeszłym roku drugi raz z rzędu

Bariery pozataryfowe kosztują 4 proc. wartości eksportu żywności

Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że w 2016 r. polski eksport żywności wyniósł 24,2 mld euro i był o 7,1 mld euro wyższy od importu. Na liście największych unijnych eksporterów produktów rolno-spożywczych zajmujemy ósme miejsce, a od czasu wstąpienia do Unii w 2004 r. przesunęliśmy się w górę o trzy pozycje. Sukces polskiej żywności nie umknął uwadze konkurencji z innych państw walczących o unijny rynek. Jak zauważa firma PwC w raporcie sporządzonym wspólnie z Federacją Związków Producentów Rolnych, wynikiem tego jest „rosnący nacisk wywierany na polskich eksporterów i/lub lokalnych importerów w państwach docelowych”. Przejawem tego nacisku jest rosnąca liczba barier pozataryfowych, które dodatkowo stają się coraz bardziej sztywne.

Z badania przeprowadzonego wśród polskich eksporterów wynika, że ponad 30 proc. produktów sprzedawanych w krajach unijnych przed wejściem na rynek musi pokonać różnego rodzaju przeszkody formalne (najczęściej administracyjne). Ich przezwyciężenie zajmuje przeciętnie więcej niż 4 dni robocze i jest kosztowne. Te dodatkowe obciążenia eksporterzy szacują na 4 proc. całkowitej wartości eksportu. Na podstawie ankietowego badania przeprowadzonego przez PwC wśród 42 eksporterów żywności można zidentyfikować państwa, które najsilniej bronią swojego rynku przed polskimi produktami. Na pierwszym miejscu znalazły się Czechy, które wymieniła jedna czwarta przedsiębiorców. Kolejne dwa państwa wskazane przez eksporterów to Niemcy i Wielka Brytania. Sytuacja krajowych producentów na rynku brytyjskim może ulec dalszemu pogorszeniu po planowanym na 2019 r. wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii.

Na czym polega dyskryminacja produktów rolno-spożywczych? Najpopularniejszym narzędziem mającym ograniczyć import jest podwyższona częstotliwość kontroli sanitarnych. Lista popularnych barier obejmuje także konieczność wieloletniego przechowywania dokumentacji związanej z transakcją, dodatkowe certyfikaty, obowiązkowe umieszczanie określonego tekstu na opakowaniu produktu lub obowiązek podawania, jaki procent produktu powstał w jakim kraju. ⒸⓅ

>>> Polecamy: Firmy produkcyjne planują inwestycje. Jedna trzecia otworzy nowe zakłady