Czy i dlaczego stosujemy przemoc w komunikacji?

Przemoc jest obecna w naszej podświadomości, choć często nie zdajemy sobie z tego sprawy. Wynika to z faktu, że przez dziesiątki tysięcy lat byliśmy w niebezpieczeństwie, tzn. albo zjadaliśmy obiad, albo byliśmy obiadem. Z czasów tych mamy wpojoną nieufność i wzmożoną czujność. Później były kolejne etapy rozwoju – hierarchia – w której byliśmy zdominowani przez silniejszego, czy to jednostkę, czy organizację. W efekcie wszystko w naszym życiu sprowadza się do wypełniania czyichś oczekiwań. To bardzo smutne, ale często nie zdajemy sobie sprawy z tego, że rodzimy się właśnie po to, aby spełnić czyjeś oczekiwania.

Czy jednak do pewnego stopnia nie jest to normalne, że wypełniamy czyjeś oczekiwania? W końcu jesteśmy częścią pewnych większych struktur.

Tak, pod warunkiem, że mamy szacunek dla inności drugiego człowieka. To cudowne, że decydując się na posiadanie potomstwa, zaspokajam swoją potrzebę nieśmiertelności. Problem zaczyna się wtedy, gdy jako rodzic nie pozwalam dziecku wybrać swojej własnej drogi, bo to właśnie rodzi przemoc.

Jesteś zafascynowana porozumieniem bez przemocy (NVC). Na czym polega ta metoda?

Marshall Rosenberg zaproponował cztery proste kroki w komunikacji. Pierwszy z nich to fakty, a ściślej oddzielenie ich od naszej interpretacji. To wbrew pozorom bardzo trudne, ponieważ nasz mózg przez wieki wyspecjalizował się w interpretowaniu faktów. Wobec czego wszystko, co nam się przydarza, jest natychmiast przetwarzane i szufladkowane. Tu też pojawia się niebezpieczeństwo, że to samo wydarzenie możemy zobaczyć zupełnie inaczej niż inni jego uczestnicy. Jeśli zatem pozwolimy sobie, aby fakty oddzielić od towarzyszących nam emocji, to robimy pierwszy krok. Mówiąc krótko, powinniśmy starać się rejestrować fakty niczym oko kamery.

Załóżmy, że się udało. Co robimy dalej?

Drugi krok to zaopiekowanie się naszymi emocjami. Jako szympansy – często zestresowane i niepewne – mamy prawo do swoich uczuć i swoich reakcji. Jako ludzie natomiast mamy możliwość, aby dać sobie trochę czasu. Kiedy możemy przyjrzeć się emocjom, przepracować je i zrozumieć, sprawiamy, że to my zarządzamy emocjami, a nie one nami.

Jak sobie z tym poradzić, gdy znajdujemy się już w sytuacji konfliktowej?

Jeśli np. w pracy ktoś podchodzi do mnie i mówi: „Katarzyna, nie zrobiłaś tego raportu”, to po pierwsze odczuwam strach i wpadam w panikę. Następnie pojawia się oburzenie, a potem agresja. I jeśli zareaguję z poziomu tych emocji, to pewnie odeprę ten atak, ale przy okazji „ofuknę” kogoś, powiem coś niemiłego i doprowadzę do konfliktu.. Jest też inna możliwość. Jeśli się wówczas zatrzymam i uznam fakt, że nie zrobiłam tego raportu na czas. Chciałam go zrobić dobrze, ponieważ jakość jest moją wartością, potrzebowałam snu, albo potrzebowałam zostać z chorym dzieckiem. Innymi słowy, jeśli dam sobie przyzwolenie na to, żeby nie być doskonałą i dotrę do tego, co jest naprawdę ważne, to w tym momencie nie występuję już z pozycji emocji czy poczucia winy, ale z pozycji potrzeb i wartości, a nawet z pozycji mocy. Warto dać sobie empatię i uświadomić, że skoro się urodziłam i tu jestem, to mam też prawo do bycia tu i teraz taką, jaką jestem. To może być bardzo wyzwalające. Niby nic się nie zmienia, ale z tej pozycji nawet raport powstaje łatwiej i na czas. W każdej sytuacji jest miejsce na szacunek dla siebie i innych.

Wydaje się, że jest to zupełnie sprzeczne z większością przekazów, które wpaja nam kultura.

Tak, dlatego na początku stosowania komunikacji bez przemocy jest bardzo dużo frustracji, ponieważ teoria nie zgadza się z rzeczywistością.

Idźmy dalej. Dostrzegliśmy już fakty, oddzieliliśmy emocje, rozpoznaliśmy nasze potrzeby i wartości. Jaki jest następny krok?

Czwarty i najbardziej istotny element to wyrażenie prośby, bo jeśli czegoś w życiu chcemy, to musimy o tym światu powiedzieć. Można się tu posłużyć cytatem z Biblii: „Proście, a będzie Wam dane”. Z tym proszeniem my Polacy mamy szczególny problem. Jest jeszcze dużo do zrobienia, abyśmy w ładny, prosty i przejrzysty sposób nauczyli się wyrażać nasze potrzeby i prośby. Często strach przed odmową prowadzi do agresji czy wzburzenia emocjonalnego.

Wyobraźmy sobie w takim razie szefa, który widzi, że jakieś zadanie nie zostało wykonane na czas. W jaki sposób może się zwrócić do swoich podwładnych, aby nie odebrali tego jako ataku?

Miałam przywilej posiadania mistrza. John Rozenkalns nie przyszedłby i nie powiedział: „Katarzyna, nie zrobiłaś czegoś”. Zamiast tego zapytałby: „Katarzyna, jak tam? Jak ci idzie? Ile potrzebujesz czasu? Jak ci mogę pomóc?”.

Z perspektywy polskiego pracownika może to brzmieć jednak nieco abstrakcyjnie.

Kiedy wiele lat temu zaczynałam pracę w małym biurze architektonicznym w stanie Ohio w USA, byłam bardzo zestresowana, ponieważ nie znałam tamtejszego systemu. Wtedy mój szef powiedział mi: „Nie martw się. Tego nie można zepsuć. To jest jak szafa. Najwyżej wyrzucimy wszystko ze środka i poukładamy jeszcze raz”. Takie podejście dało mi bardzo dużo komfortu, było wzmacniające i wspierające.

Czy Twój szef zareagowałby tak samo, gdybyś jednak faktycznie popełniła jakiś poważny błąd?

Tak, doświadczyłam tego, gdy pracowałam w Waszyngtonie. Wówczas zaprojektowałam kuchnię tak, że nie zmieściły się w niej dwie, bardzo drogie kuchenki mikrofalowe. Wyszło to dopiero w trakcie budowy. Spanikowałam i poszłam do szefa. Spodziewałam się, że będę musiała ponieść konsekwencje finansowe mojej pomyłki. Tymczasem on nie widział żadnego problemu. Znaleźliśmy produkt zastępczy, a kuchenki zostały wykorzystane przy kolejnej realizacji. Klient traktowany przez nas z szacunkiem bez problemu zaakceptował zmianę.

Wychodzi na to, że mamy do czynienia z radykalną różnicą kultur pracy i zarządzania.

Tak. Myślę, że często koncentrujemy się na tym, czego nie ma, zamiast rozwijać to, co jest. Kiedy po 15 latach wróciłam do kraju, okazało się, że widzę świat zupełnie inaczej. Wyraźniej dostrzegam piękno naszego krajobrazu, kultury i tradycji. Doświadczywszy czegoś zupełnie innego w USA, boleśnie odczuwam brak zaufania, zgodę na robienie rzeczy wbrew sobie i wbrew zdrowemu rozsądkowi. Często robimy rzeczy jakby nie dla siebie. Stwarzamy tony dokumentów, które niczemu nie służą. Realność jakby nas nie interesuje. Gonimy za kolejnym sukcesem, jakbyśmy musieli coś udowodnić. Coraz mniej czasu mamy dla innych. Coraz słabsze tworzymy więzi z innymi ludźmi. Doskonale odgrywamy swoje role w pośpiesznym teatrze życia.

Po jakie role sięgamy szczególnie chętnie?

Przez wiele lat zaborów i wojen byliśmy ofiarami. W psychologii istnieje teoria tzw. trójkąta dramatycznego Karpmana, gdzie mamy trzy role – wybawiciela, ofiary i prześladowcy. I bardzo często zupełnie podświadomie sięgamy po te role, a to bardzo destrukcyjne.

Przytoczę osobisty przykład. Moi dziadkowie ze strony mamy w czasie I wojny światowej stracili swoich rodziców. Obydwoje wychowywali się jako sieroty. I później ten syndrom sieroty był przechowywany w podświadomości przez kilka pokoleń. W efekcie zupełnie nie zdawałam sobie sprawy, dlaczego np. gram w grę bycia miłą, dlaczego tak staram się o ludzką akceptację. Dopiero dojście do tego źródła pozwoliło mi zrozumieć, że kiedyś przeżycie zależało od bycia zaakceptowanym. Myślę, że jest tego bardzo dużo w naszej historii.

Jeśli schemat ofiary jest umocowany w historii wielu pokoleń, to czy możliwe jest realne wyjście Polaków poza ten horyzont myślenia i postępowania? Może w obliczu tej trudnej historii jesteśmy po prostu bezradni?

Nie jesteśmy, jeżeli zmienimy swoją pozycję z bycia ofiarą na bycie twórcą. Aby to zrobić, trzeba to sobie uświadomić i dostrzec pewne rzeczy. Bardzo ważne jest dotarcie do naszych emocji. Często czujemy coś. To coś jest straszne, więc od tego uciekamy. W efekcie zakładamy maski, jesteśmy twardzi, jesteśmy zawsze na czas. Jesteśmy punktualni i dokładni. Spełniamy wszystkie wymogi, jakie stawia przed nami życie. Tylko pytanie, gdzie w tym wszystkim jesteśmy my, gdzie jest przestrzeń na nasze szczęście, na naszą ciekawość, na naszą otwartość.

Czy znasz jakieś metody, które pozwalają dotrzeć do samego siebie i swoich potrzeb?

Na mnie osobiście działa wychodzenie poza strefę komfortu i robienie zupełnie nowych rzeczy. Jeżeli zaczniemy zadawać sobie pytania, jeśli odważymy się na bycie ze sobą nawet wtedy, gdy jest to trochę niekomfortowe, to wtedy dajemy sobie szansę na odkrycie jakiejś nowej rzeczywistości.

Przy czym ta strategia może nas poprowadzić w różnych kierunkach. Z jednej strony można myśleć poza schematem i mieć ciągły apetyt na więcej. Z drugiej strony można też zadać sobie pytanie, czy ja potrzebuję więcej i czego w ogóle potrzebuję, aby być szczęśliwą.

Zabrzmiało trochę jak coachingowe rady z podręcznika motywacyjnego.

Urealnijmy to moją osobistą historią. Podobny dylemat pojawił się w moim życiu, gdy mieszkałam w Waszyngtonie. Pracowałam wówczas w pięknym biurze, realizowałam ciekawe projekty. Projektując przestrzenie biurowe w stolicy USA miałam do czynienia z całym przekrojem ludzi sukcesu. Posiadałam dom w dobrej dzielnicy, moje dzieci chodziły do dobrej szkoły i przedszkola Montessori. Było tam naprawdę pięknie, ale uświadomiłam sobie, że to piękne miejsce nie jest moje.

Dodatkowo dowiedziałam się, że mój tata był poważnie chory. Zdiagnozowano u niego chorobę Alzheimera. Wówczas to mój mąż, który ma niemal dziecięcą otwartość, zadał mi pytanie: no to kiedy jedziemy? I to było bardzo proste. Nigdy w życiu nie podjęłam tak łatwej decyzji. Przyjechaliśmy na wakacje do Polski i już zostaliśmy.

Te wszystkie okoliczności wyzwoliły pewne emocje, a ja pozwoliłam im wypłynąć. Mogłam się im przyjrzeć i zdecydować, co z nimi zrobić. Bardzo pomógł mi fakt, że mój mąż, który urodził się w Rydze na Łotwie, nie był z mojego ścisłego kręgu kulturowego.

Dlaczego okazało się to ważne?

Bardzo dużo czasu spędziłam w fajnym, polskim towarzystwie, z którym przez wiele lat wspólnie jeździliśmy na wakacje. I my wszyscy, my Polacy mieliśmy te same marzenia – że jak kiedyś wrócimy do Polski, to nasze życie się dopiero zacznie. Ta marchewka wisiała na bardzo długim kiju. I niestety jest to w nas głęboko zakodowane - Polacy są gotowi długo gonić za marchewką, której nigdy nie zdobędą. W efekcie z czasem rodzi się frustracja, zmęczenie, wypalenie zawodowe, samotność, alienacja, poczucie niespełnienia, poczucie bycia outsiderem. A życie jest takie ulotne…

Co można wtedy z tym zrobić?

Można to zajeść. Próbowałam. Można też spędzać całe dnie, sprawdzając maile, wypełniając te wszystkie oczekiwania, będąc tym super pracownikiem, który zawsze jest na czas, zawsze zostanie, posiedzi w nocy, np. nie spędzi weekendu z dzieckiem, tylko będzie pracował nad kolejnym projektem.

Można też przestać być miłym, do czego zachęcałaś w swoim wystąpieniu.

Tak to odebrałeś? Uważam, że można być miłym dla świata pod warunkiem, że jest się też miłym dla siebie. Empatia dla siebie jest kluczem do empatii dla innych. Ja tę wiadomość otrzymywałam wielokrotnie, w wielu momentach swojego życia. Świat jest pod tym względem bardzo szczodry i nieustannie to pokazuje, trzeba tylko umieć to dostrzec.

Zachęcasz też do tego, aby być bardziej osobistym. Brzmi to trochę rewolucyjnie, bo w życiu zawodowym przyjmujemy zazwyczaj inną strategię – życie prywatne zostawiamy dla siebie i wąskiego grona osób.

Nasze środowisko pracy tworzymy my sami. Często zapominamy, że w pracy spędzamy ogromną część życia i nie jesteśmy tu za karę. Na uniwersytecie w USA, po zakończonym wykładzie wykładowca schodzi za sceny, można mu zadawać pytania, je ze studentami lunch i jest dostępny. W Polsce wciąż istnieje przepaść pomiędzy ja i ty. I jeśli ja jestem taki wielki, to znaczy, że można mi coś zabrać. Jeżeli jestem wysoko, to mogę spaść. Zawsze będzie towarzyszył temu strach. Zatem dopóki nie odważymy się zrzucić wszystkich naszych masek, to będziemy ścierać się z tym konfliktem. Bo jeśli coś mamy, i to nie jest miłość, to możemy to stracić.

Czy obserwujesz różnice mentalnościowe u krytykowanego powszechnie za egoizm i roszczeniowość pokolenia millenialsów?

Myślę, że wbrew naszym obawom, millenialsi znajdą rozwiązania, których my znaleźć nie potrafimy. Miałam przyjemność współpracować z młodymi ludźmi działając w TEDx Kraków. Ich kreatywność, otwartość, szczerość w mówieniu słów, które nie były dla mnie łatwe do usłyszenia, pozwoliły mi na pokonanie wielu barier, które miałam w sobie.

Dlatego wiążę z millenialsami wielkie nadzieje. Oni też mają prawo napisać swoją historię. I zrobią to, bo bez względu na to, czy to nam się podoba czy nie, ten świat będzie do nich należał.

BIO: Katarzyna Mroczek – architekt, zafascynowana metodą Porozumienia bez Przemocy Marshalla Rosenberga, stworzyła grupę Women Networking, aktywnie działa w TEDxKraków. W ramach Leance.org współtworzy turkusową organizację. Czasem gotuje, albo jada z Eataway.

Wywiad przeprowadzono w czasie Personal Democracy Forum CEE 2018 w Gdańsku, organizowanego przez Fundację ePaństwo i sieć Transparencee.

>>> Polecamy również: Woźniak: Facebook jest klasycznym monopolem. To sprawa dla UOKiK [WYWIAD]