PiS co prawda bez większych problemów przeforsował nowe rozporządzenie w sprawie wynagradzania pracowników samorządowych, ale sama zapowiedź Jarosława Kaczyńskiego, że od teraz nie tylko w parlamencie, ale i w samorządach będzie żyło się „dużo skromniej”, może nie do końca się spełnić – przynajmniej w przypadku tej drugiej grupy.

Wszystko przez skomplikowany system wynagradzania samorządowców. Na pensję włodarza składa się kilka pozycji: wynagrodzenie zasadnicze, dodatek funkcyjny, dodatek specjalny i dodatek stażowy. Często są one od siebie współzależne, np. dodatek stażowy może wynosić maksymalnie 20 proc. wynagrodzenia zasadniczego. Gdyby zebrać wszystkie te składowe, pensja np. prezydenta dużego miasta czy marszałka województwa mogłaby wynosić nawet 13–14 tys. zł. Jest jednak jeden ogranicznik – całkowita pensja nie może przekroczyć siedmiokrotności kwoty bazowej. W związku z tym obecnie lokalny włodarz nie może zarabiać więcej niż 12 525,94 zł brutto.

Sęk w tym, że 20-proc. cięcia zaproponowane przez PiS dotyczą tylko jednego składnika samorządowych uposażeń, czyli wynagrodzenia zasadniczego (górne i dolne widełki). Z tego powodu redukcje nie będą wcale aż tak bolesne, jak się początkowo zapowiadało.

Przykładowo prezydent Lublina Krzysztof Żuk mógłby zarabiać aż 14 290 zł. Ale jego też obowiązuje ograniczenie w postaci siedmiokrotności kwoty bazowej, dlatego maksymalnie może zarabiać 12 525,94 zł. W rzeczywistości prezydent Lublina zarabia nieco mniej, bo 12 320,00 zł brutto. Zmiany przeforsowane przez PiS spowodują, że jego maksymalna pensja spadnie, ale nieznacznie – do 12 250 zł. Czyli o... 70 zł.

>>> Czytaj też: Związek Gmin Wiejskich RP: obniżenie wynagrodzeń samorządowców nie ma merytorycznego uzasadnienia

Z kolei prezydent Krakowa Jacek Majchrowski – oczywiście gdyby nie limity – mógłby liczyć na 14 290 zł. Ale te ograniczają jego zarobki do kwoty 12 525 zł. Sytuacja może być więc analogiczna jak w przypadku prezydenta Lublina. Na razie krakowscy urzędnicy tego nie przesądzają. – Obniżenie maksymalnych stawek wynagrodzenia zasadniczego zawsze wpływa na zmniejszenie pozostałych składników, np. dodatku za wieloletnią pracę i dodatku specjalnego. To, jak ostatecznie będzie wyglądało wynagrodzenie poszczególnych osób, uzależnione będzie od wszystkich składników. Może się okazać, że nie zostanie zmniejszone aż o 20 proc. – przyznaje Barbara Skrabacz-Matusik z urzędu miasta.

Stratna, ale nie na poziomie zapowiedzianych przez PiS 20 proc., będzie marszałek województwa lubuskiego Elżbieta Polak. – Składniki wynagrodzenia marszałka były ustalone na poziomie gwarantującym nieprzekroczenie siedmiokrotności kwoty bazowej. Stąd obniżka widełek wynagrodzenia zasadniczego spowodowałaby spadek łącznego uposażenia o ok. 8,20 proc. W przypadku wicemarszałka spadek uposażenia wynosi 14,62 proc., a członków zarządu 14,84 proc. – podlicza Michał Iwanowski, rzecznik prasowy zarządu woj. lubuskiego.

Analogicznie jest w przypadku marszałka woj. wielkopolskiego. Gdyby nie limity, jego obecne wynagrodzenie mogłoby wynosić maksymalnie 13 900 zł (płaca zasadnicza 6500, dodatek funkcyjny 2500, dodatek specjalny 3600, dodatek stażowy 20 proc., tj. 1300). – Redukcja górnych i dolnych widełek tylko w wynagrodzeniu zasadniczym, przy założeniu dodatku stażowego w wysokości 20 proc. płacy zasadniczej oraz zachowaniu dotychczasowej wysokości dodatku funkcyjnego i specjalnego, spowoduje obniżenie obecnego wynagrodzenia marszałka o 12,5 proc., wicemarszałka o 11,5 proc., a członka zarządu o 10,5 proc. – precyzuje Anna Parzyńska-Paschke, rzeczniczka prasowa marszałka.

Opozycja nie jest zdziwiona tymi wyliczeniami. – Nie wszystkie samorządy przyznały swoim szefom maksymalne stawki. Tam cięcia mogą być niezauważalne, bo obniżka dotyczy górnych i dolnych widełek – komentuje poseł PO Jacek Protas.

Nasi rozmówcy zwracają uwagę, że gdyby PiS naprawdę chciał, by cięcia zabolały samorządowców, mógłby po prostu zredukować kwotę bazową, której siedmiokrotności ich pensje przekroczyć nie mogą. Czemu tak się nie stało? Politycy PiS nabierają wody w usta.

Swoją teorię ma opozycja. – Nie podejrzewam autorów zmian o taką indolencję, żeby nie wiedzieliby, jak je przeprowadzić. Zabieg wykonano w sposób świadomy. Obietnica Jarosława Kaczyńskiego niby została spełniona, a w praktyce PiS nie narazi się aż tak działaczom lokalnym, zwłaszcza tym związanym z obozem rządzącym – uważa Jacek Protas z PO.

>>> Polecamy: Nie będzie transmisji z lokali wyborczych ze względu na przepisy RODO