Kryzys dopadł polskie biura podróży. O ile jeszcze w grudniu turyści je oblegali w poszukiwaniu atrakcyjnych wycieczek, o tyle w styczniu ruch w nich jest o wiele mniejszy. Operatorzy nie kryją, że odczuwają wyraźne pogorszenie koniunktury. Przyczynia się do tego m.in. słaby złoty, który zdezaktualizował oferty katalogowe. W efekcie osoby, które marzą o urlopie w ciepłych krajach, muszą się liczyć ze sporymi dopłatami, które pokryją różnice kursowe.

– W tym roku kierunki „dolarowe” podrożały już nawet o 50 proc. Z tego, co wiem, większość firm turystycznych wprowadza już albo zaraz wprowadzi dopłaty kursowe – mówi Remigiusz Talarek, prezes notowanej na giełdzie firmy Rainbow Tours. Jego zdaniem mogą one być nawet o kilkadziesiąt procent wyższe od cen podanych w katalogach.

Nic więc dziwnego, że niektóre biura otwarcie mówią o styczniowym załamaniu obrotów i o dramatycznych wynikach pierwszych dwóch tygodni nowego roku. Styczniowe tąpnięcie było dla wielu z biur tym większe, że jeszcze w grudniu oferty first minute cieszyły się olbrzymim popytem. Dziś operatorzy turystyczni przyznają, że klienci traktowali te imprezy jako świąteczne prezenty i prawdziwą okazję, spodziewając się, że po nowym roku ich ceny pójdą w górę.

Firmy starają się radzić sobie z tym problemem. Paradoksalnie najlepiej wychodzi to tym, które nie oszczędzają na reklamie. – Każdej firmie, także turystycznej, podczas kryzysu najłatwiej jest przycinać koszty na marketing. Ale w tym roku może się okazać, że to samobójcza strategia – mówi Talarek.

Szef Rainbows Tours przyznaje, że styczniowe wyniki jego firmy będą słabsze niż rok wcześniej, ale zastrzega, że tylko w niewielkim stopniu. – Głównie dlatego, że na początku stycznia uruchomiliśmy przygotowaną kosztem 1,6 mln zł kampanię reklamową „Tambylcy” – mówi Talarek. Wyjaśnia, że tylko silna obecność w mediach pozwoli biurom podróży uratować tegoroczne wyniki sprzedaży. – Trzeba się będzie jednak o to znacznie bardziej postarać – dodać.

W dużo lepszej sytuacji są te biura, które potrafiły jeszcze w ubiegłym roku przewidzieć nadchodzący kryzys. Chcąc zniwelować styczniowy spadek popytu, zaczęły oferować tegoroczne wycieczki z dużo większym wyprzedzeniem. Tak zrobił na przykład Orbis Travel. – Rozpoczęliśmy sprzedaż wycieczek czarterowych na sezon lato 2009 już w listopadzie 2008 roku – mówi Stanisława Cieślak z biura spółki. – Wprowadzeniu tej oferty towarzyszy promocja „Wczesna rezerwacja”, w ramach której oferujemy m.in. ceny do 25 procent niższe – dodaje Cieślak.

Firmy starają się też szybko reagować na zmieniające się upodobania Polaków. Coraz częściej nasi turyści sięgają bowiem po kosztowniejszą ofertę, np. Portugalię, Meksyk, Sri Lankę czy Chiny. Zdaniem ekspertów może to świadczyć o tym, że na rynku pozostali najzamożniejsi klienci, którzy np. mają wolne środki wycofane z rynku kapitałowego. – Tacy klienci potrafią liczyć pieniądze i wiedzą, że nadal trzygwiazdkowy hotel w Łebie jest dla nich per saldo droższy niż podobny np. na Peloponezie – mówi Talarek. Wymagania tej grupy klientów przekraczają klasyczne „pobytowe”. Wolą oni niejednokrotnie wycieczki połączone ze zwiedzaniem. Te biura, które szybciej dostosują do nich swoją ofertę, mają większe szanse na wyjście z kryzysu obronną ręką.

Tak czy inaczej eksperci spodziewają się nasilonej walki konkurencyjnej o klienta i redukcji oferty przez największych operatorów turystycznych. Jak dowiedzieliśmy się nieoficjalnie w Triadzie, już teraz największe biura turystyczne próbują dogadywać się z innymi w sprawie redukowania np. liczby połączeń lotniczych i rezygnacji z wysyłania samolotów z niektórych peryferyjnych polskich lotnisk. – Bardziej zacznie się opłacać zamiast trzech samolotów np. na Cypr zamawianych przez trzy biura wysyłać dwa, ale wspólnie – twierdzą nasi rozmówcy.

Więcej w dzienniku.pl