Prognoza KE mówi, że w tym roku deficyt sektora finansów publicznych w Polsce wyniesie 3,6 proc. Jest to coraz bardziej prawdopodobne, bo nawet już rząd przyznaje, że tegoroczny wzrost gospodarczy może wynieść 1,7 proc., zamiast 3,7 proc. A tymczasem to ta druga, optymistyczna, prognoza była podstawą do rządowych wyliczeń, że deficyt sektora wyniesie 2,5 proc.

Jednak nawet gdyby Polsce nie udało się w tym roku wypełnić kryterium deficytu, nie oznacza to porażki całego procesu konwergencji. Jeśli rząd będzie w stanie udowodnić, że jest to stan przejściowy, Komisja może przymknąć oko na nieco wyższy deficyt. Zwłaszcza że łatwo będzie wytłumaczyć, że deficyt wzrósł przez niższe tempo wzrostu gospodarczego, co zostało wywołane czynnikiem niezależnym od polityki rządu, czyli kryzysem gospodarczym. Tym bardziej że taki wyjątek wprost dopuszcza Pakt Stabilności i Wzrostu. Jeśli kraj kandydat ma wyższy deficyt z powodu gwałtownej dekoniunktury gospodarczej, procedura nadmiernego deficytu nie będzie wszczęta.

Ważne jest jednak, żeby rząd był w stanie przekonać partnerów z UE, że deficyt będzie miał trwałą tendencję spadkową. Przede wszystkim chodzi o relację do PKB, ale mile widziany jest też spadek w ujęciu nominalnym.

Kryterium fiskalne to jednak nie tylko sam deficyt, lecz także poziom długu publicznego. Wartość referencyjna to 60 proc. PKB. W tym przypadku zagrożenia raczej nie ma, nawet biorąc pod uwagę silnie osłabiającego się złotego.

- Przed kilkoma laty, gdy zadłużenie zagraniczne było wyższe niż obecnie, a złoty był bardzo słaby, było nawet ryzyko przekroczenia progu ostrożnościowego na poziomie 55 proc. PKB. Dlatego zresztą wówczas powstał plan wicepremiera Jerzego Hausnera, ówczesny rząd bardzo się tej perspektywy przestraszył. W tej chwili takiej groźby nie ma - mówi Stanisław Gomułka, były wiceminister finansów, ekspert Business Centre Club.

- Oczywiście, gdyby osłabienie złotego utrzymywało się przez dłuższy czas i na dodatek bardzo się pogłębiło - np. do poziomu ponad 5 zł za euro - to moglibyśmy się zbliżyć się do progu 50 proc. - dodaje Gomułka.

Nawet gdyby jednak poziom długu przekroczył 60 proc., to twórcy kryterium i tu zostawili furtkę. Kraj kandydat może być bardziej zadłużony, pod warunkiem że jest w stanie przekonać instytucje europejskie, że ten stosunek maleje w wystarczającym stopniu i zbliża się w zadowalającym tempie do wymaganego poziomu.

Według niektórych prognoz dług publiczny osiągnie w tym roku 46-48 proc. PKB. Rząd zakłada, że będzie to 45,8 proc.