– Uważam, że leczenie ofiar wypadków drogowych powinno być opłacane bezpośrednio z polis ubezpieczeniowych sprawców wypadków, a nie poprzez jakieś zryczałtowane opłaty – zadeklarowała wczoraj na łamach DGP, Ewa Kopacz, minister zdrowia.

Dodała jednak, że wymaga to stworzenia systemu szybkiej identyfikacji sprawców i dopasowania ich do ofiar wypadku, więc prace nad tym rozwiązaniem zaczną się dopiero w 2010 roku.

Według szacunków PIU, łączne koszty leczenia ofiar wypadków nie przekraczają 300 mln zł rocznie. Wprowadzenie nowej zasady może więc oznaczać, że towarzystwa dostaną do ręki argument uzasadniający podwyżki cen polis. Po wprowadzeniu podatku Religi część towarzystw podniosła stawki (w 2008 r. z tytułu 12-proc. daniny od każdej polisy OC trafiło do NFZ prawie 850 mln zł. Z początkiem tego roku podatek zniknął). Teraz ubezpieczyciele odetchnęli, bo wskaźnik rentowności sprzedaży tego typu polis od kilku kwartałów spada. Po I półroczu wyniósł -11 proc., co w uproszczeniu oznacza, że przeciętnie na 100 zł składek za OC firmy tracą 11 zł. Masowe podwyżki ograniczyła jednak ostra konkurencja i jeszcze niskie straty na sprzedaży takich umów (w III kwartale 2007 r. wskaźnik rentowności wynosił -0,4 proc.). Teraz towarzystwa rywalizują jeszcze bardziej, ale też notują dużo większe straty. Już teraz pojawiają się sygnały, że polisy powinny być przynajmniej 10 proc. droższe, ale konkurencja ogranicza zmiany.

– Jesteśmy zaskoczeni deklaracjami Ministerstwa Zdrowia – mówi Andrzej Maciążek, członek zarządu Polskiej Izby Ubezpieczeń.

Jego szczególne zdumienie budzi fakt, że ten sam ustawodawca, który zniósł szkodliwy dla kierowców podatek Religi, teraz ma wprowadzić równie szkodliwe rozwiązanie pod inną nazwą. Argumentuje, że w Polsce każdy płacący co miesiąc składkę na publiczne ubezpieczenie zdrowotne ma prawo do powszechnego dostępu do publicznej służby zdrowia.

– To nic innego, jak próba wprowadzenia kolejnego parapodatku i zmuszanie do płacenia dwa razy za to samo – mówi Andrzej Maciążek.