Branża, która do odbioru, segregowania i dostarczania przesyłek z jednego krańca kraju na drugi zatrudnia ogromną liczbę pracowników, czuje na plecach oddech konkurencji – i to nie tylko ze strony elektronicznych form przekazu. Jej dotychczasowy model biznesu znalazł się pod presją także wskutek liberalizacji branży pocztowej, zwłaszcza w Europie, choć proces otwierania tego rynku nie idzie gładko, a Wielka Brytania to niejedyny kraj, w którym doszło do groźby strajków ze strony związków zawodowych, zaniepokojonych o przyszłość swoich członków.

Listy znikną

Choć kiedyś usługi pocztowe przynosiły solidne zyski państwowym właścicielom, dziś często przynoszą im kłopoty. W ostatnich latach wiele rządów próbowało przy tym trzymać dwie sroki za ogon: chciały mieć organizację, która utrzyma powszechne usługi doręczycielskie przy opłatach akceptowanych przez wyborców – ale chcieli też korzyści, jakie niesie konkurencja.

Operatorzy pocztowi mogą sobie do pewnego stopnia zrekompensować utratę rynku, rozwijając bardziej lukratywną działalność, szczególnie dostarczanie pakietów i paczek – z książkami, płytami DVD, ubraniami i wszystkim tym, co konsumenci zamawiają u internetowych detalistów. Tu jednak konkurencja jest najostrzejsza. Prywatni rywale przejmują najbardziej zyskowne segmenty, takie jak poczta zbiorcza, przesyłki ekspresowe i paczki. Jeśli tak będzie dalej, pojawi się pytanie: jak długo utrzymają się uniwersalne usługi pocztowe?

– Czy w długiej perspektywie listy przetrwają – pyta Ian Senior, konsultant ds. usług pocztowych. – Nie, ale to zajmie 20 lat. Odejdzie starsze pokolenie, dorośnie natomiast pokolenie laptopów. Ludzie będą traktować listy tak jak kiedyś telegramy – jako coś na specjalne okazje.

Zgodnie z przyjętymi w zeszłym roku przepisami Unii Europejskiej większość państw członkowskich musi do końca grudnia 2010 r. w pełni zliberalizować rynek pocztowy, choć jedenastu krajom przysługują na to dalsze dwa lata. Ma to na celu zachęcenie do wzrostu konkurencji i wydajności w sektorze, który w 2006 bezpośrednio zatrudniał 1,6 mln osób. Postępuje to jak dotąd fragmentarycznie. Komisja Europejska w swym ubiegłorocznym dokumencie wyraziła zaniepokojenie powolnością otwierania tego rynku.

Co z Royal Mail

Jeśli chodzi o Wielką Brytanię, to Ian Senior sądzi, że obowiązek powszechnej usługi – wymóg, by Royal Mail dostarczała przesyłki pod każdy adres w kraju – nie skończy się nagle, lecz będzie raczej podlegał erozji. Przewiduje też, że na terenach wiejskich dostarczanie poczty zostanie ograniczone do trzech, czterech razy w tygodniu z obecnych sześciu.

Brytyjskie spory o miejsca pracy, płace i praktykę zatrudnienia wystąpiły w okresie przedświątecznego szczytu, gdy liczba przesyłek potraja się – a także w delikatnym momencie wychodzenia kraju z recesji. Według lorda Mandelsona, który jako sekretarz ds. biznesu nadzoruje usługi, strajk byłby „aktem samobójczym” ze strony personelu Royal Mail, która podaje, że liczba listów zmalała w tym roku o 10 proc.

Poczta inwestuje 2 mld funtów w technologie, a od pracowników domaga się większej elastyczności. Sytuacja RM jest lepsza niż na początku tej dekady, kiedy to traciła dziennie 1 mln funtów. W zakończonym w marcu roku finansowym podwoiła zysk operacyjny do 321 mln funtów – ale zagrożeń jest coraz więcej.

Deficyt pocztowego funduszu emerytalnego zbliża się do 10 mld funtów, a jego przyszłość jest niejasna, zwłaszcza że rząd odłożył na półkę projekt ustawy dotyczącej sprzedaży 30 proc. udziałów w RM w połączeniu z reformą regulacyjną i wsparciem dla emerytur. Uzasadniając tę decyzję, lord Mandelson powoływał się na marne warunki rynkowe, wielu jednak obwinia za to rewoltę wśród szeregowych posłów Labour Party. Analitycy uważają natomiast, że zwolnienia są nieuniknione, bo okienka pocztowe RM należą do najgorszych w Europie, a w firmie prawie 70 proc. kosztów stanowią wydatki osobowe.

Do wstrzymania prywatyzacji przyczyniła się krótkowzroczność brytyjskich polityków z obu głównych partii, a także konflikty pracownicze. W przeszłości budżet wysysał zyski z Royal Mail: przez 23 lata, do końca lat 90. XX roku, zmuszano ją do inwestowania w papiery skarbowe, choć firmie brakowało sprzętu. Według obecnych szacunków jest o 40 proc. mniej wydajna niż jej europejskie odpowiedniki.

Francuskie „nie”

Jednak przyszłość wielu operatorów pocztowych z Europy kontynentalnej również jest kontrowersyjna. Na przykład rząd francuski napotyka sprzeciw wobec zamiarów zreformowania statusu La Poste. Projekt ustaw w tej sprawie ma być omawiany przez parlament w przyszłym miesiącu, ale już wywołał on gniew związków zawodowych i spowodował publiczne protesty.

Prawie trzy miliony ludzi uczestniczyło w zorganizowanym przez związki zawodowe referendum, odpowiadając twardym „Nie” na pytanie, czy status La Poste – która jest dziś instytucją użyteczności publicznej – powinno się zmienić na spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością. Kierownictwo poczty podkreśla, że prywatyzacja jest „wykluczona”, ale dziwnie to brzmi w uszach wyborców, którzy pamiętają ubiegłoroczną sugestię Jeana-Paula Bailly’ego, dyrektora naczelnego La Poste, że akcje firmy powinny być wprowadzone na giełdę po to, by mogła ona zgromadzić pieniądze na inwestycje.

Ponieważ w generalnie zyskowny biznes paczkowy coraz bardziej wgryza się konkurencja, a po ostatecznej liberalizacji rynku rywale nastawią się zapewne na lukratywne regiony miejskie, publiczni operatorzy muszą jak najszybciej znaleźć nowe, korzystne obszary działalności. Paryż planuje zastrzyk kapitałowy wartości 2,7 mld euro na rozwój bankowej odnogi La Poste, zezwolił też dyrektorowi Bailly’emu na utworzenie – poprzez akwizycje – europejskiej firmy usług paczkowych.

Inna możliwość to znalezienie nowych sposobów ochrony operatorów narodowych.

Wsparcie monopolisty

Dwa lata temu niemieccy politycy zatwierdzili płacę minimalną dla pracowników pocztowych – co większość obserwatorów uznała za grubymi nićmi szyty sposób na to, żeby Deutsche Post, dawniejszy monopolista, miała korzystniejsze warunki w konkurencji z mniejszymi rywalami, którzy słabiej opłacali pracowników. Temu posunięciu przeciwstawiają się konkurenci tacy jak TNT – która powstała w 1998 roku z fuzji holenderskiej firmy pocztowej oraz działającego pod tą nazwą międzynarodowego przewoźnika ekspresowego.

Deutsche Post, która sama jest właścicielem konkurencyjnej wobec TNT firmy kurierskiej DHL, nadal utrzymuje, że ma prawie 90 proc. udziału w niemieckim rynku pocztowym. Przyznaje jednak, że malejąca liczba przesyłek stanowi powód do zmartwień, a dyrektor naczelny Frank Appel – żeby poprawić efektywność – żąda od personelu poczty dłuższych godzin pracy. Jeśli rozmowy ze związkami zawodowymi nie dadzą efektów, może to doprowadzić do starcia, stanowiącego echo brytyjskich sporów.

Od problemów nie jest wolna nawet Holandia, jeden z krajów, które pierwsze zaczęły liberalizację. Holenderski rynek pocztowy jest od kwietnia całkowicie otwarty na konkurencję, a wszystkim firmom wolno dostarczać przesyłki o wadze mniejszej niż 50 gramów. TNT (która opierała się tym zmianom) już w zeszłym roku skarżyła się, że dwaj konkurenci – krajowa firma Sandd oraz Selektmail, oddział Deutsche Post – naruszają przepisy o płacy minimalnej, bo wynagradzają pracowników zależnie od ilości dostarczonej poczty, a nie od liczby przepracowanych godzin.

Od tego czasu rywale podpisali wspólne porozumienie płacowe. Ale TNT, uważając, że nadal jest w niekorzystnej sytuacji, próbuje renegocjować własne porozumienie płacowe – i grozi zwolnieniem 11 tys. pracowników, jeśli związki zawodowe nie wycofają się z pomysłu strajku, nad którego przeprowadzeniem właśnie głosują ich członkowie.

I USA, i Chiny

Tego typu napięcia nie ograniczają się bynajmniej do Europy. Społeczne oceny US Postal Service pogorszyły się tak bardzo, że prezydent Barack Obama jej nazwę wykorzystuje w żartach. – UPS i FedEx mają się dobrze – mówił w sierpniu na spotkaniu w sprawie reformy opieki zdrowotnej. – To Post Office zawsze ma problemy.

Ta próba przekonania słuchaczy, że prywatne firmy ubezpieczeniowe zawsze wygrywają w zetknięciu z publiczną opieką zdrowotną, zirytowała pracowników poczty – niewiele mogli jednak zrobić. Według danych samej poczty, w tym roku nazbiera ona do 7 mld dol. starty netto, znacznie więcej niż w 2008 roku (2,8 mld dol.). Dług powiększy się do 10 mld dol. Rządowe Biuro Rachunkowości, kontrolne ramię Kongresu, umieściło w lipcu tę jednostkę – która jak dotąd uniknęła zarówno prywatyzacji, jak i rozluźnienia jej monopolu w dziedzinie listów zwykłych – na liście wysokiego ryzyka, zarezerwowanej dla problemów, wymagających pilnej uwagi ze strony stanowiących prawo.

W Chinach zagraniczne firmy zajmujące się przesyłkami usługowymi, jak DHL i FedEx, a także setki lokalnych prywatnych firm kurierskich zgarnęły znaczą część krajowego rynku pocztowego, który w zeszłym roku oznaczał 7,3 mld listów oraz 1,5 mld przesyłek ekspresowych. China Post, należący do państwa monopolista w zakresie dostarczania listów, ma własną firmę kurierską, ale udział firm prywatnych w tym segmencie rynku przekracza 60 proc.

Obecnie Pekin nastawia się na wspieranie dostarczyciela publicznego w walce przeciwko konkurentom. Prawo pocztowe, które w tym miesiącu weszło w życie, wyklucza zagraniczne firmy kurierskie z rynku krajowego; przepis ten wprawdzie formalizuje jedynie dotychczasowe praktyki, ale – jak dowodzą przedstawiciele branży – stanowi pogwałcenie ducha zobowiązań, podjętych przez Chiny wobec Światowej Organizacji Handlu.

Tylko nowoczesność

Od protekcjonizmu do strajków, od skarg na brak wydajności po zagrożenie rosnącą konkurencją – usługi pocztowe na świecie przeżywają naprawdę ciężki okres. Ze względu przy tym na problemy wynikające z rozwoju poczty elektronicznej, wiadomości tekstowych oraz innych bazujących na sieci internetowej środków komunikacji, jak Facebook i Twitter, ich sytuacja może się tylko pogorszyć.

– Europejskie poczty, postawione wobec kurczenia się rynku listów, powinny kontynuować automatyzację procesu sortowania, tak aby jak najmniej osób dotykało listu – mówi Seren Vestergaard-Poulsen, partner w prywatnej grupie kapitałowej CVC Capitals Partners. – Przesyłki powinny być wstępnie sortowane, żeby pocztowiec mógł wziąć przygotowaną torbę, a nie spędzać całe godziny na układaniu przesyłek według adresów.

Seren Vestergaard-Poulsen kierował inwestycjami CVC w poczty w Danii i w Belgii. Jak mówi, CVC – który ostatnio wymienił swój udział w poczcie duńskiej na nieco mniej niż połowę udziałów w belgijskiej De Post-La Poste – pomógł w obu tych krajach we wprowadzeniu automatyzacji. Jego zdaniem modernizację najlepiej wprowadzać w momencie, gdy gospodarka kwitnie, a bezrobocie jest niskie, bo wtedy zwalnianym łatwiej znaleźć nową pracę. Innymi słowy – nie teraz.

Z tej sytuacji nie ma łatwego wyjścia. Próba sprzedania 30 proc. udziałów Royal Mail to trzecie w ciągu 15 lat nieudane podejście Brytyjczyków do prywatyzacji. Za każdym razem opór polityczny okazywał się zbyt silny. Jeśli Konserwatyści wygrają przyszłoroczne wybory, mogą spróbować ponownie. Ale nawet jeśli im się to uda, przejęcie Royal Mail będzie dla każdego inwestora koszmarnym doświadczeniem. Dla przyszłości firmy korzystne byłoby, gdyby udało się jej przezwyciężyć opór związków wobec przyspieszenia zmian. Z historycznego punktu widzenia byłoby to znaczące osiągnięcie.