Sprawa jest złożona i nie wiadomo jeszcze jak bardzo poważna. Warto zdawać sobie sprawę, że sama informacja o propozycji zamrożenia długów wypłynęła już wczoraj i to jeszcze w czasie działania giełd europejskich. Jednak wczoraj przeszła ona właściwie bez echa, inwestorzy koncentrowali się na publikowanych danych makroekonomicznych.
Dziś takich publikacji nie było, media nieco sprawę nagłośniły. A fakt, że jest co nagłaśniać, bo przecież do niedawna inwestorów arabskich uznawano za niesłychanie stabilnych, którzy swoimi inwestycjami pomogą walczyć z recesją w Europie Zachodniej. Wszak to arabskie fundusze obejmowały ratunkowe emisje akcji CitiGruop czy UBS. Dubai zaś był największym w świecie placem budowy i miał być - ze względu na ogromne zasoby gotówkowe krajów arabskich, pochodzące z handlu ropą - całkowicie odporny na kryzys finansowy. Okazało się inaczej, co jest wręcz szokującą informacją. Z drugiej strony Dubai World zapewnia, że spłaci swoje zadłużenie, a ponieważ jest agencją należącą do rządu Emiratów Arabskich takie zapewnienia powinny być traktowane serio.

Nie mniej inwestorzy w Europie pozbywali się dziś akcji banków zaangażowanych kredytowo w Dubaju, a także akcji spółek, w których arabscy inwestorzy posiadają znaczące udziały (np. Porsche, LSE) i mieli być rękojmią stabilności finansowej takich spółek. (W tym świetle nieudana prywatyzacja polskich stoczni zaczyna się prezentować nieco inaczej).
Indeksy giełd zachodnioeuropejskich spadały o ponad 2 proc. U nas zasięg spadków był mniejszy, co można wytłumaczyć dwojako. We wcześniejszych dniach tygodnia GPW wiodło się gorzej niż giełdom zachodnim, po drugie bezpośrednia zależność wyników naszych banków czy spółek od postrzegania zdolności kredytowych Dubaju jest nikła. Choć oczywiście w świecie naczyń powiązanych nikt nie może czuć się bezpiecznie.

Mimo braku inwestorów amerykańskich (dziś Dzień Dziękczynienia) obroty były wyższe niż wczoraj, co nie jest dobrą wróżbą, nawet jeśli odnotujemy, że WIG20 nie przebił dołków z poprzedniego tygodnia.  Ten nagły kryzys zaufania inwestorów umocnił dolara, co staje się regułą, zgodną z zasadami carry-trade. Kiedy pojawia się ryzyko, należy sprzedawać aktywa i spłacać kredyty w dolarach. Stąd dziś kurs euro wrócił w okolice 1,50 USD (ale utrzymał się nad nią). U nas dolar podrożał o 1 proc., euro o 0,8 proc., a frank o 0,9 proc.

Co ciekawe, wzrost notowań dolara nie przeszkodził w zwyżce cen surowców. Świat finansów najwyraźniej szuka w nich bezpieczeństwa, a surowce zdają się je obiecywać (w przeciwieństwie do banków czy innych aktywów finansowych. Złoto podrożało dziś o 1,7 proc. do 1190 dolarów za uncję, ropa podrożała o 2,3 proc., a miedź o 1,7 proc. Słowem - całkiem sporo zmian, jak na dzień, który zapowiadano jako nudny i spokojny.