>>> Polecamy: Jest branża, której kryzys nie straszny

ANNA MASŁOŃ: Kiedy patrzy się na tłumy, które szturmowały galerie handlowe zarówno przed świętami, jak i w czasie wyprzedaży, można uwierzyć, że kryzys gospodarczy mamy już za sobą. Czy rzeczywiście?

BENJAMIN BARBER:

Ogólnoświatowy kryzys miał na nas olbrzymi wpływ i w dalszym ciągu odczuwamy jego konsekwencje. I chociaż w USA wzrasta popyt, moi rodacy kupują mniej niż przed recesją, rzadziej wybierają się do sklepów, a jeśli już, to decydują się na tańsze produkty. Poza tym mimo niekorzystnego oprocentowania więcej oszczędzają. A jeszcze w 2008 r. wydawaliśmy więcej, niż odkładaliśmy. Zresztą sam często podkreślałem, że nie wydaje mi się, abyśmy tak bardzo lubili zakupy. Po prostu wmówiono nam, że kochamy je ponad życie. I zamiast wykorzystać to, że kryzys może zmusić nas do zmiany przyzwyczajeń, zarówno rząd, jak i biznes zachęcają obywateli do konsumpcji, wierząc, iż tylko rosnąca sprzedaż może nas wyciągnąć z gospodarczej zapaści. Chociaż tylko odejście od konsumpcjonizmu może na dłuższą metę rozwiązać problemy. Ludzie wiedzą, że pieniądze szczęścia nie dają, ale rynek przekonuje, że szczęście można kupić.

>>> Polecamy: 2000-2009: Stracona dekada na rynkach akcji

Spodziewał się pan, że prezydentura Baracka Obamy przyniesie zmiany?

Barack Obama wzywał wyborców do zmiany, Amerykanie byli na nią gotowi, ale nie wiązałem z jego wygraną wielkich nadziei. Chociaż jestem demokratą i głosowałem na niego, nie popierałem go. Wybór Obamy był ważny jako symbol w amerykańskiej historii konfliktu rasowego, teraz ten człowiek musi realnie rządzić. Jako prezydent USA, nie różni się wiele od George’a W. Busha, a Ameryka dziś nie odbiega tak bardzo od tej z końca 2008 r.

Obama to neoliberał, polityk prorynkowy, który wierzy, że najlepsze, co mogą zrobić rządzący, to pozwolić działać rynkowi, który sam najlepiej wie, co robić. Jego doradcy ekonomiczni uważają, że interwencja państwowa powinna być jak najmniejsza, jak najkrótsza, jak najsłabsza. On sam twierdzi, że rynek powinien działać dokładnie tak jak przed kryzysem. Ci, którzy są rozczarowani, po prostu go nie znali, ignorowali sygnały, które można było wyczytać z deklaracji jeszcze podczas kampanii wyborczej. Obama nie jest zwolennikiem wprowadzenia silniejszego nadzoru – ani państwowego, ani międzynarodowego – który zmieniłby obowiązujący model gospodarczy. Banki wracają do gry, giełda się podnosi, cóż z tego, że bezrobocie pozostaje ciągle wysokie, a ludzie stracili swoje domy. Gospodarka jest wciąż w zapaści, choć sektor finansowy zdrowieje, czyli realizuje się najgorszy z możliwych scenariuszy. 

>>> Polecamy: Czy Hiszpania zbankrutuje?