Robotników spawających blachy w długich na setki metrów halach otacza pustka, w której echem odbijają się uderzenia młotków w stal. W tej stoczni, jak w mikrokosmosie, widać skutki kryzysu, jaki dotyka przemysł stoczniowy na całym świecie.

Za duże moce

Branżę przytłaczają ogromne koszty utrzymania mocy produkcyjnych, rozbudowanych gwałtownie w czasie boomu na statki w latach 2002–2008. Większość tych mocy jest obecnie nieużywana, a ich nadmiar nasila presję na obniżkę cen w pojawiających się z rzadka zamówieniach.

Jeśli nowych zamówień nie ma, słabsze stocznie mają kłopoty ze zgromadzeniem gotówki na wykończenie statków w budowie. W dodatku na ogół umowy zobowiązują je do oddania statków w określonym terminie, albo zwrotu armatorom dziesiątek milionów dolarów depozytu.

Ta sytuacja skłoniła Haralda Neple'a, przewodniczącego komitetu ds. stoczni w Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD), do wystosowania ostrzeżenia, że w tym roku nadmiar mocy stanie się poważnym problemem. – Ta nadwyżka, która już obecnie, mimo zamówień, stanowi kłopot, stanie się znacznie znacznie większa – mówi.

Niemiecka firma Wadan Yards, do której należą stocznie w pobliskim Warnemünde, już w czerwcu 2009 r. była zmuszona szukać ochrony przed bankructwem oraz wsparcia od rządu krajowego i federalnego.

>>> Czytaj też: Po Bałtyku będą pływać ekologiczne promy

Od tego czasu znaleziono nowego inwestora, który przejął majątek stoczni – ale nie odpowiedzialność za wykończenie rozpoczętych statków. W październiku robotnicy w Wismarze wrócili do pracy, kończąc prom dla szwedzkiej Stena Line.

Jak jednak mówi Marc Odebrecht, syndyk upadłej stoczni, przed innymi podobnymi zakładami rysują się ponure perspektywy. – Ten system jest chory – mówi. – Żaden inny biznes nie wiąże się z takim ryzykiem.