Vikram Pandit, szef częściowo znacjonalizowanego Citigroup niemal dokładnie rok temu wysłał do swoich pracowników list, w którym z optymizmem wypowiadał się o perspektywach banku, podkreślając, iż po fatalnym roku 2008, początek roku 2009 okazał się zyskowny. To właśnie wydarzenie uważane jest za ojca chrzestnego obecnej hossy, trwającej już właśnie rok. Wczoraj, gdy notowania S&P500 cofnęły się spod styczniowych maksimów, prezes Citi jeszcze raz pomógł rynkom, przedstawiając na konferencji optymistyczne oczekiwania co do kondycji banku. W rezultacie notowania kontraktów na S&P500 zamknęły się (po sesji kasowej w USA) powyżej styczniowego szczytu na poziomie 1148 pkt. Teoretycznie daje to szansę na kontynuację zwyżki, ale po reakcji rynków azjatyckich można wnioskować, iż nastroje Amerykanów nie udzieliły się innym rynkom. Amerykańskie indeksy w imponującym stylu zniwelowały całą korektę z początku roku, ale szanse na podobne zwyżki w kolejnych tygodniach wydają się ograniczone. Problemem mogą być dane makroekonomiczne.

Opublikowane wczoraj dane o nowych zarejestrowaniach bezrobotnych były lepsze niż tydzień wcześniej (spadek do 462 tys.), ale nie tak dobre jak oczekiwał rynek (456 tys.). Znamienne jest to, że w pierwszej reakcji dane zostały uznane za złe, zaś już po 30 minutach w komentarzach przeważało stwierdzenie, iż dobrze, że dane są lepsze niż w poprzednim tygodniu. Tymczasem widać nadal, iż w danych tygodniowych nie ma przełomu potrzebnego do obniżenia stopy bezrobocia i poprawy nastrojów konsumenckich, która będzie grała istotną rolę w stymulowaniu popytu prywatnego. Dane o sprzedaży detalicznej w ostatnich miesiącach zaskakiwały pozytywnie, ale częściowo jest to wynik zachęt ze strony programów rządowych i bardzo niskich stóp procentowych. Dziś o godzinie 14.30 poznamy dane za luty i niewątpliwie jest to najważniejsza publikacja w tym tygodniu. To właśnie na linii rynek pracy – nastroje –popyt prywatny wypatrywać można obecnie zagrożeń dla ożywienia gospodarczego. Konsensus zakłada spadek sprzedaży o 0,2% m/m, ale wzrost o 0,1% m/m gdy wyeliminujemy sprzedaż samochodów.

W USA poznamy także wstępny odczyt indeksu nastrojów konsumenckich University of Michigan (15.55, konsensus 73,5 pkt.), czyli również informację ze wspomnianego istotnego dla rynku obszaru. Nadmienić należy jednak, iż ta publikacja wywołuje z reguły mniejszą reakcję rynku niż indeks Conference Board. W Kanadzie poznamy miesięczny raport o zatrudnieniu. W styczniu wzrosło ono aż 43 tys. (co odpowiadałoby wzrostowi o ok. 350 tys. w USA), tym razem rynek oczekuje wzrostu o skromniejsze 17,5 tys. Gdyby dane ponownie mile zaskoczyły, rynek mógłby zacząć spekulować o możliwych działaniach banku centralnego w zakresie zacieśnienia polityki monetarnej, a to byłaby szansa na dalsze umocnienie dolara kanadyjskiego. Notowania USDCAD od kilku dni pozostają blisko kluczowego wsparcia 1,02 i dane mogą rozstrzygnąć o ewentualnym wybiciu (z perspektywą zejścia przynajmniej do 1,00) lub o cofnięciu do pokonanej na początku marca strefy wsparcia (1,0370-1,04), która obecnie stanowi opór. Dobre nastroje na rynku pozwoliły na mały sukces stronie popytowej na EURUSD.

Notowaniom udało się wyjście górą z klina (mimo, iż pierwsza próba została zanegowana po publikacji tygodniowych danych z rynku pracy) i tak jak można było oczekiwać para zrealizowała niewielki wzrost do lekko opadającej górnej linii, zamykającej konsolidację trwającą już ponad miesiąc (obecnie na 1,3690). Gdyby rynkowi udało się pokonać ten opór oraz marcowe maksimum (1,3738) byłaby szansa na silniejszy ruch wzrostowy do 1,3850. Dopiero jednak test tego poziomu przesądzi o średnioterminowym trendzie na parze EURUSD.