ROZMOWA

PAULINA NOWOSIELSKA:

Po ostatnim sejmowym wystąpieniu ministra finansów w dyskusjach ekonomistów często pojawiała się kwota niespełna 100 mld zł. Tyle ma wynosić rzeczywisty deficyt w Polsce. Pan się z tym zgadza?

STANISŁAW GOMUŁKA*:

Polska specyfika polega m.in. na tym, że w obiegu publicznym mamy dwa różne budżety, a co za tym idzie – dwa różne deficyty. Jeden budżet (i deficyt) odnosi się do całego sektora finansów publicznych (rząd, jednostki samorządu terytorialnego, FUS i inne fundusze publiczne). Drugi – tzw. budżet państwa – tylko do rządu. W przypadku tego pierwszego mamy dokument rządowy, program konwergencji 2009, przyjęty przez Radę Ministrów i przesłany Komisji Europejskiej. Minister finansów informuje w nim, że w ubiegłym roku cały deficyt sektora finansów publicznych wyniósł 97 mld zł, czyli 7,2 proc. PKB. Ustawa o budżecie państwa na rok bieżący mówi z kolei, że deficyt w tym roku ma wynieść 52,2 mld zł. I jak dotąd resort finansów to podtrzymuje. Problem w tym, że minister Rostowski z sektora rządowego wyłączył cały szereg wydatków, chociażby finansowanie budowy dróg. W dodatku polska definicja wydatków rządowych wyłącza z nich transfery do OFE. To spowodowało, że informacja o tym deficycie jest mało ciekawa. Z punktu widzenia ryzyka ekonomicznego liczy się bowiem deficyt całego sektora finansów publicznych. Ekonomiści i rynki do niego przede wszystkim przywiązują wagę.

Około 100 mld zł to jeszcze bezpieczny deficyt?

Na bezpieczeństwo trzeba patrzeć przez pryzmat kosztów obsługi zadłużenia publicznego. I przez pryzmat ryzyka, że te koszty mogą bardzo wzrosnąć. Oczywiście duży deficyt znacznie podnosi dług publiczny w relacji do PKB. Były obawy, że w tym roku ta relacja może dojść do 55 proc. Wygląda jednak na to, że na skutek umocnienia się złotego do tego nie dojdzie.

Minister Rostowski wspominał o 52 proc.

A dokładnie, że nie przekroczymy 53 proc. To jest możliwe, jeśli złoty będzie się umacniał i jeżeli wpływy z prywatyzacji będą duże. Jednak ekonomiści są wciąż mocno zaniepokojeni i widzą ryzyko, że w przyszłym roku bariera 55 proc. może zostać przełamana. Z tym wiązałyby się daleko idące konsekwencje. Pamiętajmy, że mamy ustawę o finansach publicznych. A ta mówi, że w takiej sytuacji rząd jest zobligowany do przedstawienia bardzo rygorystycznego budżetu w następnym roku. Ale nawet gdyby rząd zdecydował się na zmianę tej ustawy albo na przedefiniowanie długu publicznego, tak żeby nie doszło do przekroczenia tzw. progu sanacyjnego, to i tak pojawiłby się problem z oceną rynkową ryzyka. Rynki finansowe mogłyby zareagować niedobrze.

Tak właśnie stało się na Węgrzech?

Po czterech latach deficytu właśnie na poziomie około 7 proc. PKB i osiągnięciu relacji długu do PKB w wysokości prawie 70 proc. doszło tam do dużego wzrostu kosztów obsługi długu publicznego. To zmusiło węgierski rząd i parlament do drastycznego obniżania wydatków. Albo więc natkniemy się na pułap 55 proc. PKB, a z czasem na konstytucyjny pułap 60 proc., co wymusi na nas radykalne zmiany w oparciu o obowiązujące prawo, albo też zostaniemy ukarani za rozrzutność przez rynki finansowe. W przypadku Węgier rynki były i tak dość cierpliwe. Gdyby tamtejszy przykład uznać za modelową sytuację dla nas, to z deficytem około 7 proc. PKB całego sektora już w zeszłym roku weszliśmy na węgierską drogę. W tym roku dalej nią idziemy. I według programu rządowego w roku 2011 będzie podobnie.

Prof. Osiatyński sugerował niedawno, że może bezsensowne było niedawne zaostrzanie progów, skoro ich przestrzeganie trzeba będzie odłożyć na półkę.

Progi są potrzebne. Są po to, by zwiększyć wiarygodność polityki gospodarczej kraju. Jeżeli teraz zaczęlibyśmy przy nich majstrować, automatycznie nasza wiarygodność by spadła, co skutkowałoby wzrostem kosztu obsługi długu publicznego.

Na Węgrzech progów nie było.

Tak. Co więcej, Węgry prowadziły przez kilka lat bardzo ekspansywną politykę fiskalną, z dużymi deficytami. O skutkach tego już mówiłem. Gdyby dalej porównywać nas z Węgrami, to mamy jeszcze trzy lata do kryzysu.

Pełna treść artykułu: "Jedziemy na autopilocie"

*prof. Stanisław Gomułka, ekonomista, były podsekretarz stanu w resorcie finansów, były doradca prezesa NBP