W zeszłym roku niemieccy podatnicy zapłacili aż 174 mld euro na uratowanie Commerzbanku i Hypo Real oraz kilku mniejszych banków, które zaangażowały się w zbyt ryzykowne inwestycje. Nie jest jasne, czy instytucje te kiedykolwiek zwrócą do budżetu te pieniądze. Angela Merkel chce mieć więc pewność, że w przyszłości banki same będą ponosiły konsekwencje nieprzemyślanych decyzji, a nie szukały ratunku w kieszeniach podatników.

1/3 zysku zabrana

Szczegóły nowego funduszu zostaną ujawnione dopiero pod koniec marca. Gdyby zastosować model zaproponowany w styczniu przez prezydenta Baracka Obamę, niemieckie banki musiałyby zapłacić każdego roku 0,15 proc. od posiadanych aktywów. Najwięcej, bo aż 2,2 mld euro, musiałby wówczas przekazać największy bank kraju Deutsche Bank. To byłaby kolosalna kwota, odpowiadająca ok. 1/3 zysków tej instytucji przed opodatkowaniem. Łącznie w takim wariancie niemiecki fundusz gwarancyjny osiągnąłby kwotę 9 mld euro rocznie.

Źródła w niemieckim rządzie przyznają, że fundusz będzie o wiele skromniejszy, być może wpłaty na jego konto nie przekroczą 3 mld euro rocznie. – To oznacza, że nawet po 10 latach fundusz może okazać się niewystarczający, aby uratować nawet jeden duży bank – ostrzega Martin Ruckes, profesor bankowości na uniwersytecie w Karlsruhe.

Rząd Angeli Merkel nie chce jednak nakładać zbytnich obciążeń na niemieckie banki, dopóki podobnych rozwiązań nie wprowadzą także inne kraje UE. Chodzi o zachowanie równych zasad konkurencji. – Nie sądzę, że polski rząd powinien pójść śladami Niemiec. Nasze banki nie miały takich problemów jak niemieckie, a poza tym nasz sektor bankowy jest proporcjonalnie o wiele mniejszy – mówi Dziennikowi Gazecie Prawnej prof. Stanisław Gomułka, były wiceminister finansów. Żadnych konkretnych planów utworzenia funduszu bankowego nie mają na razie także Francuzi.

Allianz postawił na swoim

– Stan francuskich banków jest zdecydowanie lepszy od niemieckich, a poza tym Nicolas Sarkozy nie ma w niedługim czasie wyborów. Angela Merkel może w maju stracić większość w Bundesracie, dlatego musi brać pod uwagę nastroje społeczne niechętne bankom – mówi DGP Nicolas Veron, główny ekonomista brukselskiego Instytutu Bruegla.

W samych Niemczech rozgorzała także gwałtowna debata, które konkretnie banki mają zostać objęte dodatkowym obciążeniem. Rządowy projekt zakłada, że zapłacą wszystkie, choć składka banków depozytowych i spółdzielczych będzie niższa niż banków inwestycyjnych, których działalność jest bardziej ryzykowna. – To niesprawiedliwe. Banki spółdzielcze nie były odpowiedzialne za zeszłoroczny kryzys, nie prowadzą też działalności międzynarodowej. Nie powinny płacić – oburza się Stephan Goetzl, prezes bawarskiego Volksund Raiffeisenbank. Jednak prof. Martin Ruckes uważa, że strategia rządu jest słuszna. – Tu nie chodzi o rozpamiętywanie przeszłości, tylko o zabezpieczenie się na przyszłość.

Decyzja Niemiec może stać się przykładem dla innych państw G20. Ich przywódcy spotkają się w czerwcu na szczycie w Korei Południowej. Wtedy być może zapadnie decyzja o międzynarodowych zabezpieczeniach przed bankructwami banków.

Szwedzki przykład

Rząd w Sztokholmie zdecydował o utworzeniu specjalnego bankowego funduszu. Instytucje finansowe mają przekazywać na jego konta składki aż zgromadzone środki będą równe 2,5 proc. PKB. Na tyle rząd ocenia możliwe koszty kolejnego kryzysu. Utworzenie podobnego funduszu zapowiedzieli też brytyjscy konserwatyści, którzy są na najlepszej drodze do wygrania majowych wyborów parlamentarnych. W USA prezydent Obama zapowiedział, że banki zwrócą ponad 170 mld dol., jakie rząd przeznaczył na uratowanie Citibanku i Bank of America. Banki o aktywach większych niż 50 mld dol. będą przekazywać co roku 0,15 proc. aktywów na ten cel.