Na podstawie raportów rocznych największych polskich banków można dojść do konkluzji, że mają one obecnie bardzo dużo środków na udzielanie kredytów, ale minus tej sytuacji polega na tym, że większość pieniędzy (85 proc. depozytów klientów) złożono w nich na krótki termin (poniżej trzech miesięcy). Chcąc zachować pewien margines bezpieczeństwa banki powinny ostrożnie udzielać kredytów długoterminowych (hipotecznych i inwestycyjnych), a ich ceny (marże) nie powinny już dalej być obniżane. Chyba że w ofercie wiązanej (przy równoległej sprzedaży innych produktów bankowych). Jedyne banki, które stać obecnie na wojnę cenową to PKO BP i Pekao SA, ale z racji rozmiarów tych instytucji nie należy oczekiwać po nich zbyt agresywnej postawy na rynku kredytów.

Współczynniki wypłacalności w górę

Prawdziwie dobrą wiadomością, która płynie z lektury raportów rocznych giełdowych banków jest wyraźny wzrost współczynników wypłacalności, który stanowi rękojmię bezpieczeństwa depozytów Polaków w bankach z jednej strony, a z drugiej zabezpiecza także zdolność sektora bankowego do udzielania kredytów. Na trzynaście giełdowych banków, których raporty analizowaliśmy, dwanaście wyraźnie zwiększyło wskaźniki wypłacalności, niektóre z nich nawet przesadnie silnie. Jedynym, któremu nie udało się tego dokonać był Noble Bank, który był niezwykle aktywny na rynku kredytów hipotecznych w 2009 roku, podczas gdy jego rywale zachowali daleko idącą wstrzemięźliwość pod tym względem.

Na koniec 2009 roku średnia wysokość współczynników wypłacalności wyniosła 12,46 proc. czyli o prawie 2 pkt procentowe więcej niż na koniec 2008 roku. Na tak dobry rezultat złożyły się dwie podstawowe przyczyny – zatrzymanie w bankach zysków z 2008 roku, które pomogło podnieść kapitały własne banków (a więc także ich relację do wartości udzielonych kredytów), oraz wstrzymanie akcji kredytowej prowadzonej na ogromną skalę w latach poprzednich. Tym samym można uznać, że banki mają silne podstawy do udzielania kredytów w tym roku, co teoretycznie powinno nasilić konkurencję między nimi i doprowadzić do spadku kosztów udzielania kredytów.

Dla przypomnienia – minimalny poziom współczynnika wypłacalności regulowany prawem to 8 proc. Komisja Nadzoru Finansowego nieoficjalnie ustawiła ten próg na poziomie 10 proc. na czas kryzysu. Po poniższym zestawieniu łatwo zorientować się, które banki najchętniej będą udzielały kredytów w 2010 roku, ponieważ mają odpowiednie zasoby kapitałowe.

Rezerwy wzrosły dwukrotnie

Poprawa wskaźników wypłacalności to jednak tylko jeden z elementów bankowej układanki. Drugim jest rosnący poziom rezerw na tzw. złe kredyty. W 2009 roku kwota rezerw wzrosła do 6,5 mld złotych, to jest o 130 proc. w porównaniu do roku 2008. Wielu kredytobiorców przestało regulować swoje zobowiązania wobec banków w następstwie kryzysu finansowego i gospodarczego – to cena jaką banki zapłaciły za zbyt lekką rękę w udzielaniu kredytów swoim klientom w poprzednich latach (i na marginesie – czyni to dyskusję na temat zasadności Rekomendacji T narzuconej przez Komisję Nadzoru Finansowego bezzasadną, skoro celem Rekomedacji T jest właśnie niedopuszczenie do podobnych sytuacji w przyszłości).

Banki w ciągu całego roku, a nawet przed jego rozpoczęciem miały świadomość szybkiego pogarszania się jakości portfela kredytowego. Sposobem na unikanie dalszych strat z tego powodu było – w opinii bankowców – ograniczenie dostępu do nowych kredytów. Odbiło się to na cenie kredytów (marżach) i ograniczeniu ich liczby. Stąd 2009 roku generalnie przyniósł spadek zysków banków w stosunku do rekordów notowanych rok i dwa lata wcześniej.

Niemniej utworzenie rezerw o tak znaczącej skali ma także swoje dobre strony. Jeśli bankom udało się gruntownie wyczyścić swoje bilanse i nowe rezerwy na złe kredyty nie będą przyrastały już w takim tempie i w takiej skali jak w 2009 roku, część banków może na powrót otworzyć się na klientów, a ponieważ niektóre z nich mają wysokie wskaźniki wypłacalności, jest to scenariusz bardzo prawdopodobny i widoczny już np. na rynku kredytów hipotecznych, których ceny wyraźnie spadły w ostatnich miesiącach. Do uruchomienia akcji kredytowej na szeroką skalę potrzebne jest jednak spełnienie jeszcze jednego warunku – odpowiednia baza depozytowa.

Problem z lokatami

W tym miejscu dochodzimy jednak do najpoważniejszego problemu rodzimego sektora bankowego, którym jest struktura jego pasywów. Na koniec 2009 roku 85,3 proc. depozytów klientów banków to depozyty założone na czas krótszy niż trzy miesiące, z czego lwia część przypadła na lokaty do jednego miesiąca lub na środki wymagane w każdym momencie (rachunki bieżące i oszczędnościowe). Co prawda taka struktura depozytów na naszym rynku nie jest niczym nowym, a można wręcz powiedzieć, że jest historycznie zakorzeniona, to jednak do tej pory banki obok pieniędzy swoich klientów zawsze mogły swobodnie sięgać po środki z rynku międzybankowego. Tymczasem od dobrze ponad roku rynek międzybankowy nie funkcjonuje, jeśli chodzi o terminy przekraczające jeden miesiąc, czego dowodem niech będzie – obok opinii samych bankowców – różnica w stawkach WIBOR. Podczas gdy WIBOR miesięczny wynosi 3,62 proc. (24 marca) i utrzymuje się niewiele powyżej głównej stopy Narodowego Banku Polskiego i rentowności czterotygodniowych bonów, to już WIBOR trzymiesięczny znajduje się o 50 pkt wyżej, mimo że ze świecą szukać bankowca, który spodziewałby się podwyżki stóp procentowych o 50 pkt. w najbliższym czasie (co choć po części mogłoby usprawiedliwić tak wysoką różnicę między stawkami miesięcznymi i trzymiesięcznymi).

Wracając do tematu – na dobrą sprawę banki nie mają dziś zbyt wielu środków by udzielać kredytów długoterminowych (inwestycyjnych, hipotecznych), ponieważ nie mają długoterminowego finansowania. Paradoksalnie za to krótkoterminowego mają aż w nadmiarze (o czym świadczą aukcje bonów w NBP, na których wartość popytu sięga 70-80 mld PLN, a jeszcze kilka miesięcy temu było to o połowę mniej).

Ta nadmierna płynność krótkoterminowego pieniądza sprawia, że banki mimo wszystko będą udzielały kredytów długoterminowych. Najchętniej uczynią to banki uniwersalne prowadzące ogromne ilości rachunków oszczędnościowo-rozliczeniowych, które traktowane jest przez wiele instytucji jako źródło długoterminowego i darmowego finansowania (większość ROR jest dziś nieoprocentowana, albo oprocentowana poniżej 1 proc.). Ale niektóre z nich – zwłaszcza te, w których mniej niż 10 proc. stanowią depozyty powyżej trzech miesięcy – pozostaną ostrożne.

Wnioski

W porównaniu do stanu sprzed roku zdecydowanie wzrósł poziom bezpieczeństwa banków i dziś nikomu nie powinno przyjść na myśl pytanie o ich wypłacalność – to jest więcej niż zadowalające.

Wniosek numer dwa – stopy WIBOR powyżej jednego miesiąca są pewnego rodzaju fikcją i zamazują obraz rynku. Właściwym poziomem odniesienia jest raczej oprocentowanie depozytów bankowych dla klientów, ponieważ to one pozostają źródłem płynności dla banków. Można spodziewać się, że jeśli Rada Polityki Pieniężnej zdecyduje się podnieść stopy procentowe (obecnie oczekiwana jest już tylko jedna podwyżka o 25 pkt i to dopiero pod koniec roku), oprocentowanie depozytów nie drgnie. Nie należy się więc spodziewać wzrostu oprocentowania depozytów bankowych w najbliższym czasie. Spadać też nie może, ponieważ przy takiej strukturze depozytów jakie mają banki, muszą wciąż zachęcać klientów do pozostawienia pieniędzy na lokatach.

Teoretycznie możliwe, że banki spróbują poprawić strukturę depozytów oferując wyższe oprocentowanie lokat długoterminowych (rocznych czy dwuletnich), jednak praktyka naszego rynku wskazuje, że klienci banków bardzo rzadko decydują się na zamrożenie swoich środków na tak długi okres, jeśli stawka nie jest naprawdę atrakcyjna. Koszt zdobycia takich depozytów może okazać się więc zbyt wysoki, aby było to opłacalne (stąd coraz liczniejsze próby wprowadzania lokat z progresywnym oprocentowaniem, które dają złudzenie dobrej lokaty dla klienta, a w rzeczywistości są próbą pozyskania depozytów na dłuższy termin po niskim koszcie).

Działaniem, które może pomóc w zagospodarowaniu środków na krótkoterminowych depozytach jest przeniesienie ich do funduszy inwestycyjnych i można się spodziewać, że przynajmniej część grup kapitałowych podejmie tego rodzaju próbę (promując swoje fundusze w mediach). Równie dobrze, a nawet lepiej, funkcje pozyskania depozytów długoterminowych spełniają lokaty strukturyzowane, więc należy się spodziewać także ich promocji.

Na koniec słowo o tym, czego możemy spodziewać się po rynku kredytów. Ze względu na wysokie koszty pozyskania pieniądza na rynku, banki nie mogą dalej obniżać ceny (marż) kredytów hipotecznych, chyba że oferując jednocześnie inne – wysoko marżowe – produkty finansowe w rodzaju ubezpieczeń, programów inwestycyjnych etc. Banki prowadzące największą liczbę ROR-ów mogą podjąć próbę wojny cenowej, ponieważ mają one relatywnie najniższe koszty odsetkowe i na tym polega ich przewaga konkurencyjna. Zarówno PKO BP po ostatniej emisji jak i Pekao SA dzięki swojej konserwatywnej polityce kredytowej w ostatnich latach, mają też jedne z najwyższych na rynku współczynniki wypłacalności, co pozwala im myśleć o zaostrzeniu rywalizacji na rynku kredytowym. Ale skala działalności obydwu banków wymusza zarazem bardziej konserwatywne podejście do biznesu, dlatego mimo wszystko na nową wojnę cenową na rynku kredytowym liczyć nie można.