W ubiegłym tygodniu zostałem wywołany do tablicy. Łatwo jest krytykować rządy strefy euro, ale gdzie jest jakaś konstruktywna rada?

Proszę bardzo. Po pierwsze, opowiadałbym się za natychmiastową restrukturyzacją zadłużenia Grecji, Irlandii i Portugalii – krajów z najbardziej niestabilną trajektorią zadłużenia. Obejmowałoby to zmniejszenie zadłużenia, zamianę długu na kapitał i inne rozwiązania. Ważne jest, by zobowiązania sektora publicznego zostały zredukowane do stabilnego poziomu. Samo w sobie nie stanowiłoby to żadnego rozwiązania. Wręcz przeciwnie, rynki obligacji zamarłyby kompletnie. Inwestorzy szybko doszliby do przekonania, że cały europejski dług – poza niemieckim – jest niebezpieczny. Ale by plan zadziałał, potrzebne są dwa dalsze kroki. Po pierwsze musimy znaleźć sposób, by oddzielić dług narodowy od długu finansowego. Zmieniłbym kompetencje Europejskiego Funduszu Stabilności Finansowej i obarczyłbym go zadaniem restrukturyzacji i odchudzenia europejskiego sektora bankowego. Banki muszą zostać odłączone od państw członkowskich. To zmniejszyłoby presję na dług suwerenny, ale nie rozwiązało problemu. Do tego trzeba by zamienić obligacje rządowe, istniejące i nowe, na wspólne europejskie obligacje skarbowe. Ponieważ każda obligacja wymaga unii fiskalnej, potrzebne byłyby również rozwiązania instytucjonalne. Potrzebowalibyśmy departamentu skarbu dla strefy euro.

Moje propozycje nie mają oczywiście szans realizacji. Co więc się stanie? Strefa euro ma w tej chwili tylko jedną strategię, polegającą na funduszach ratunkowych. Prezes Bundesbanku Axel Weber zrobił w ubiegłym tygodniu podliczenie, z którego wynikało, że wszystkie fundusze pomocowe wynoszą obecnie 925 mld euro. Maksymalne możliwe ryzyko finansowe w strefie euro to 1070 mld, co zostawia niewielki margines wysokości 145 mld euro. Skutek jest taki, że przy najgorszym możliwym scenariuszu strefie euro może w pewnym momencie zabraknąć pieniędzy.

Decydenci strefy euro podeszli do kryzysu z typowym dla siebie poczuciem samozadowolenia. Skąd możemy wiedzieć, jaki jest maksymalny poziom zniszczeń? W zeszłym tygodniu rynki brały na celownik codziennie inny kraj. W piątek przyszła kolej na Hiszpanię. Kto wie, w tym tygodniu może paść na Włochy i Belgię. Mogą się też wydarzyć inne rzeczy. Merkel i Sarkozy w zeszłym tygodniu wprowadzali ostatnie poprawki do przepisów o pomocy finansowej. Nie wyobrażam sobie, jak Hiszpania lub Włochy mogłyby je poprzeć. By użyć sezonowej analogii, przypominałyby w ten sposób karpie głosujące za przyspieszeniem Wigilii. Szybciej może dojść do nieskoordynowanej decyzji o oskubaniu irlandzkich obligatariuszy. Jeżeli tak się stanie, premia za ryzyko w strefie euro wystrzeli w kosmos. Dlatego proponuję oddzielenie ryzyka bankowego od suwerennego. Myślę, że włączenie obligatariuszy do procesu pomocowego jest dobrym pomysłem. Nie mogą jednak oni działać sami.

Strefa euro wmanewrowała się w sytuację, w której stoi przed wyborem dwóch alternatyw uznawanych za niewyobrażalne: unią fiskalną lub podziałem. Jeżeli mówisz, że moje propozycje są nierealistyczne, to składasz bardzo zdecydowaną deklarację – z konsekwencjami, których nie potrafię sobie wyobrazić.