Litwa, Łotwa, Estonia, Rumunia i oraz Bułgaria miałyby się dziś lepiej, gdyby nie weszły do UE. Państwa te byłyby odporniejsze na skutki kryzysu, a ich gospodarki mniej odczuwały światowe spowolnienie. Wnioski takie to nie program którejś z populistycznych partii działających w krajach tej piątki, ale wynik badań Instytutu Breugla, najbardziej prestiżowego unijnego ośrodka analitycznego. Jego eksperci winią Komisję Europejską – podczas negocjacji akcesyjnych wymusiła ona niekorzystne zmiany, co w czasie kryzysu okazało się pułapką, z której tej piątce dziś trudno się wydostać. Instytut wskazuje 5 podstawowych błędów ciągnących te kraje w dół.

>>> Czytaj też: Kraje bałtyckie przed kryzysem rozwijały się najszybciej

● To przede wszystkim wymuszenie na nieprzygotowanych do tego krajach całkowitego otwarcia rynków finansowych. Gdy zniknęły zabezpieczenia, natychmiast ruszyła lawina kapitału spekulacyjnego. Nie zdołała nad nim zapanować żadna instytucja nadzoru finansowego w Tallinie, Bukareszcie czy Rydze, bo po prostu takowych nie było. W krótkim czasie powstała z tego nieruchomościowa bańka, a mieszkańców nowych krajów przygniotła góra niespłacalnych długów.

● Bruksela pobłażliwie przyglądała się, jak deficyt rachunku bieżącego nowych krajów członkowskich w wymianie ze starą Europą urasta do bezprecedensowych rozmiarów, osiągając nierzadko 25-30 proc. PKB. – Każdy przytomny analityk powinien wówczas dostrzec, że państwa te żyją na kredyt, bo w zamian za importowane towary nie są w stanie niczego atrakcyjnego na Zachód wyeksportować – tłumaczy „DGP” Zsolt Darvas, jeden z autorów raportu.

● Trzeci błąd to stworzenie przez urzędników w Brukseli iluzji, że nowe kraje kandydackie mogą dostać się do strefy euro na skróty, bez radykalnej poprawy konkurencyjności swoich gospodarek. Temu miał służyć sztywny kurs, jakim rząd łotewski czy bułgarski powiązał walutę narodową z euro. – Inicjatywa wyszła od samych Łotyszy oraz Bułgarów. Ale w centrali Unii nikt im nie uświadomił, że to recepta na przyciągnięcie kapitału spekulacyjnego, który nie będzie musiał obawiać się ryzyka kursowego – punktuje Dariusz Rosati, jeden ze współautorów raportu. Jak rakieta poszybowały w przeliczeniu na euro zarobki mieszkańców krajów bałtyckich. Tyle że nie poszła za tym poprawa wydajności ich pracy.

● Kolejny błąd: Komisja nigdy nie zadbała o opracowanie specyficznej strategii rozwoju dla znacznie biedniejszych od średniej europejskiej nowych krajów członkowskich. Dla wszystkich miał pasować jeden model: strategia lizbońska. W niej zaś zapisano, że trzeba stawiać na ekologię i najnowsze technologie, podczas gdy nowe kraje potrzebowały wówczas pomocy w utrzymaniu zupełnie podstawowych gałęzi przemysłu.

● Wreszcie nikt nie przygotował planu ratunkowego, na wypadek gdyby wspaniała wizja integracji z Unią Europejską się nie spełniła. Kiedy więc runęły gospodarki Łotwy, Bułgarii i innych krajów regionu, w sukurs musiał ruszyć Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Europejski Bank Centralny żadnych gwarancji do tej pory tym państwom nie udzielił.

Azja ma własną receptę

Pogrążone dziś w zapaści nowe kraje członkowskie z zazdrością patrzą na państwa Azji Południowo-Wschodniej, które wyciągnęły wnioski z kryzysu 1997 r. i poszły zupełnie inną drogą, niż dyktował MFW.

Pod osłoną barier celnych i sztucznie zaniżonego kursu walutowego nie tylko Chiny, ale także Korea Południowa czy Tajlandia zgromadziły ogromne rezerwy walutowe i rozbudowały potencjał przemysłowy. Dzięki temu nie tylko przeszły bezboleśnie przez ostatnie wstrząsy na rynkach finansowych, ale w coraz większym stopniu dyktują zachodniemu światu warunki współpracy gospodarczej. Kraje bałkańskie i bałtyckie przeżywają zaś zapaść, która poza okresami wojny nikomu się do tej pory nie zdarzyła, bo straciły możliwość swobodnego grania kursem swojej waluty oraz zostały odcięte od rynku zbytu w Rosji. Łotwa w ciągu trzech lat kryzysu straciła 1/3 PKB, niewiele lepiej jest też na Litwie i w Estonii oraz w Rumunii i Bułgarii.

Skopiowanie azjatyckich recept nie wydaje się już jednak możliwe. – Nikt nie wprowadzi przecież ponownie ceł i barier w przepływie kapitału między starą a nową Unią ani nie zdewaluuje walut narodowych wobec euro – uważa Rosati. Jego zdaniem nie ma też szans, aby Stany Zjednoczone masowo kupowały produkty eksportowane przez Rumunów czy Bałtów, tak jak robiły to przez lata z produktami z Chin. Na masowy import Amerykanów już po prostu nie stać.

Sama Komisja Europejska przyznaje, że słaba koniunktura w nowych krajach członkowskich nie będzie zjawiskiem przejściowym. Jej prognozy wzrostu dla państw bałtyckich, Rumunii i Bułgarii są pesymistyczne. Państwom tym nie tylko będzie bardzo trudno zmienić model rozwoju, ale i nawet dotychczasowego nie bardzo da się kontynuować. – Zachodni kapitał nie ufa już tym krajom, nie udzieli im kredytów na tak korzystnych warunkach jak kilka lat temu – mówi Dariusz Rosati. Podaje przykład Rumunii, która co prawda ma niski dług (38 proc. PKB), ale nikt nie chce kupować obligacji tego państwa ze strachu, że i ono zbankrutuje. Z tego samego powodu szwedzkie banki nie udzielają już tak hojną ręką kredytów hipotecznych Estończykom, a austriackie – Bułgarom. Trudno też liczyć na to, że pogrążone we własnych kłopotach kraje zachodnie uruchomią teraz potężne fundusze strukturalne na odbudowę przemysłu w nowych krajach Unii.

Kolejne grzechy Brukseli

Akcesja do UE była dobrowolną decyzją krajów Europy Środkowej. Dlaczego więc obwiniać o jej negatywne skutki Brukselę?

– Mówimy o małych państwach, od których trudno oczekiwać, że opracują własny, oryginalny model rozwoju. Trzeba też pamiętać, że kilka lat temu absolutnym priorytetem było dla nich wydostanie się ze strefy wpływów Moskwy. To urzędnicy w Brukseli powinni myśleć o zagrożeniach makroekonomicznych – uważa Darvas. I przypomina, że w latach 1994-1995 podobny do ostatniego kryzys finansowy, tyle że na mniejszą skalę, przeżyły Szwecja i Finlandia. Eurokraci nie wyciągnęli z tego żadnych wniosków, nadal bezkrytycznie popierając pełną liberalizację przelewów finansowych.

Drugim grzechem brukselskiego establishmentu był prymat racji politycznych nad realiami gospodarczymi. Pomysł na poszerzenie Unii był prosty. Bez względu na to, z jakiego punktu startowały kraje kandydackie, na ile stabilne były ich instytucje finansowe i jak bardzo rozwinięta gospodarka, eurokraci stawiali przed nimi identyczne warunki członkostwa. W ten sposób miała się spełnić lansowana przez niemieckiego komisarza ds. poszerzenia Guentera Verheugena koncepcja tzw. Big Bangu – jednoczesnego przyjęcia do UE obok Cypru i Malty aż 8 krajów Europy Środkowej, do których trzy lata później dołączyły Rumunia i Bułgaria. Berlin chciał wykorzystać słabość Rosji, dobrą koniunkturę gospodarczą oraz wciąż żywe na Zachodzie wyrzuty sumienia za „jałtańską zdradę”, aby jednorazowo przesunąć wschodnią granicę zjednoczonej Europy o 600 km. W nowym układzie Niemcy znalazłyby się już nie na skraju, a w środku Unii.

Aby zdynamizować integrację państw kandydackich, Bruksela podsycała rywalizację o to, kto pierwszy dotrze do mety. W komunikatach podawano, który kraj zamknął, ile rozdziałów negocjacji. – Premiowani byli ci, którzy zgadzali się na wszystko, choć nie zawsze mogli wypełnić zobowiązania, jak republiki bałtyckie oraz Rumunia i Bułgaria – wspomina Jean Quatremer, wieloletni korespondent francuskiego dziennika „Liberation” w Brukseli.

Przepustkę do wymarzonego euroklubu miało dawać przede wszystkim przyjęcie obowiązującej na Zachodzie organizacji rynku oraz norm towarów i usług. Kandydaci mieli to uczynić w ciągu zaledwie paru lat, choć znacznie bogatszym państwom starej Unii proces ten zajął dziesięciolecia. Równie ważne było także całkowite otwarcie na zachodnią konkurencję rynku państw kandydackich. Błyskawicznie miały więc zniknąć wszelkie przeszkody w wymianie towarów (zniesienie ceł), usług (swoboda ich świadczenia w całej Europie) oraz przepływie kapitałów (zniesienie wszelkich restrykcji dla inwestycji giełdowych i bezpośrednich) i osób (z siedmioletnim okresem przejściowym).

Autorzy raportu Breugla przyznają, że końską kurację przetrwały tylko dwa spośród 10 krajów kandydackich z Europy Środkowej: Polska i Czechy (a Węgrom ledwo udało się uciec spod gilotyny). Kryzys nie tylko przebiegał stosunkowo łagodnie, ale już w tym roku gospodarki wspomnianych państw ponownie znalazły się na ścieżce dynamicznego wzrostu.

Jak tego dokonały, skoro warunki były takie same dla nas i dla innych nowych członków UE?

W przypadku Polski, zanim jeszcze rozpoczęły się negocjacje z UE, zimny wychów zafundował nam Leszek Balcerowicz. Jego szokowa terapia wymusiła głęboką restrukturyzację przedsiębiorstw i przygotowanie ich do otwartej konkurencji z Niemcami. Z kolei prywatyzacja kapitałowa spowodowała, że zasadniczą część transferów finansowych z Zachodu stanowiły inwestycje bezpośrednie, a nie krótkoterminowy pieniądz spekulacyjny.

Szybko wypracowaliśmy także wiarygodne instytucje finansowe: w szczególności powstał bank centralny emitujący walutę, która nie musiała podpierać się sztywnym kursem do marki czy dolara, aby zyskać zaufanie inwestorów. Korupcja, jak na ówczesne realia, była ograniczona, a nadzór nad bankami komercyjnymi – skuteczny. Gdy w połowie lat 90. zaczęły znikać bariery ochronne przed konkurencją zachodnich gospodarek, Polska była dobrze przygotowana na tę próbę. – Nasz bilans płatniczy nie załamał się. Okazało się, że polskie firmy są w stanie odnosić sukcesy nawet na najbardziej wymagającym, niemieckim rynku – podkreśla Stanisław Gomułka, były wiceminister finansów.

Zupełnie inaczej wydarzenia potoczyły się na Litwie, Łotwie, w Estonii oraz w Rumunii i Bułgarii. Kraje bałtyckie nie tylko musiały budować od zera podstawy suwerenności, ale rozpoczęły ten proces dwa lata później niż Polska. Dla ich gospodarek rozpad ZSRR był też o wiele poważniejszym ciosem niż dla naszego kraju załamanie RWPG. Nagle państwowe przedsiębiorstwa znalazły się nie tylko bez rynku zbytu, ale także bez dostawców podstawowych komponentów. Był to okres, kiedy zniknęła większość zakładów przemysłowych tych krajów, nastąpiła prawdziwa „dezindustrializacja”. Ich odbudowa nigdy nie była możliwa, bo wkrótce ogromnym strumień ruszył import znacznie atrakcyjniejszych towarów z Zachodu, którym lokalna produkcja nie dorastała do pięt. Dziś praktycznie przemysł w tych krajach nie istnieje. Nie ma więc też czego eksportować, a więc budżety pozostają bez dochodów. Tu twarde reżimy wypleniły resztki przedsiębiorczości i podstawy zdrowej gospodarki. Dlatego pustkę po komunizmie zajęły skorumpowane rządy i mafijne struktury ekonomiczne.

Bruksela nie zastosowała jednak ani odmiennej drogi integracji, ani zróżnicowanego kalendarza wstępowania do Unii zależnie od specyfiki krajów Europy Środkowej. Przeciwnie: najpierw układy stowarzyszeniowe, a potem negocjacje akcesyjne doprowadziły do przyjęcia identycznych warunków członkostwa dla całego regionu.

Gorzej niż za komunizmu

Republiki bałtyckie uległy złudzeniu, że oto za dotknięciem magicznej różdżki stały się nie tylko pełnoprawnymi członkami świata zachodniego, ale nawet jego najlepszej części: Skandynawii. W Tallinie czy Rydze z pewną pogardą zaczęto nawet odnosić się do Polski, która w statystykach bogactwa wypadała gorzej od Bałtów. Litwini i Łotysze, ale także Bułgarzy doszli do wniosku, że tak samo szybko jak znaleźli się w Unii, mogą dołączyć do strefy euro. Miało temu służyć sztywne powiązanie ich walut narodowych z europejskim pieniądzem. Taka formuła oznaczała nie tylko wejście do przedsionka unii walutowej, ale pozwalała też wypełnić lukę po braku własnych solidnych instytucji państwowych zdolnych do emisji niezależnej, wiarygodnej waluty. Nikt nie zaufałby przecież pieniądzowi emitowanemu przez półtoramilionową, istniejącą zaledwie od kilku lat Estonię, gdyby nie powiązanie korony z euro.

Doświadczenia ostatniego kryzysu pokazują, że było to proszenie się o kłopoty. Do państw bałtyckich i – w mniejszym stopniu – bałkańskich, ruszył z Zachodu strumień gorącego spekulacyjnego kapitału. Jego pośrednikami stały się w znacznym stopniu szwedzkie i austriackie banki, szczególnie aktywne w tamtym regionie. Kalkulacja zachodnich maklerów była prosta: skoro kurs lokalnych walut do euro jest sztywny, a oprocentowanie kredytów wyższe, transfer funduszy oznacza czysty zarobek bez żadnego ryzyka. Z roku na rok wielkość kredytów rosła o 50 – 60 proc., podsycając bańkę nieruchomościową i stwarzając wrażenie, że młode demokracje rosną jak na sterydach. Według statystyk Komisji Europejskiej w 2007 r., zaledwie 16 lat po rozpadzie ZSRR, Estonia osiągnęła aż 70 proc. średniej rozwoju Unii i była na dobrej drodze do dogonienia Niemiec.

Przebudzenie z fiesty finansowanej na kredyt było brutalne. Gorący kapitał uciekł tak samo szybko, jak nagle się w nich przed kilku laty pojawił. Zachodnie banki chcąc ratować centrale, w pierwszej kolejności zamykały oddziały w nowych państwach Unii. Okazało się, że kapitał ma ojczyznę.

Aby ocalić stabilność polityczną, władze Litwy czy Bułgarii postanowiły za wszelką cenę utrzymać parytet swoich walut do euro. Kraje te nie były jednak w stanie zapełnić luki pozostawionej przez obcy kapitał eksportem na Zachód, bo po likwidacji praktycznie całego przemysłu po prostu nie miały zbyt wiele do zaoferowania. Pozostało zaciskanie pasa. Pensje i emerytury zostały obniżone nawet o 20 proc., do poziomu trudnego do wyobrażenia w innych częściach Europy (kierowca autobusu w Rydze zarabia 200 euro miesięcznie, a profesor uniwersytetu – 350 euro), wydatki socjalne i inwestycje w infrastrukturę wstrzymane. Dziś, według statystyk Komisji Europejskiej, poziom życia na Łotwie czy w Bułgarii nie dość, że nie podniósł się w porównaniu do krajów starej Unii, to często jest niższy niż za czasów komunistycznych.

Andre Sapir, profesor Universite Libre de Bruxelles: Ogromnym błędem było postawienie na euro

Kraje bałtyckie oraz Rumunia i Bułgaria przechodzą przez bezprecedensowy kryzys gospodarczy. Czy przystąpienie do Unii Europejskiej miało dla nich sens?

Nie chcę sprawić wrażenia aroganta, który wypowiada się, siedząc w ciepłym fotelu w Brukseli, gdy mieszkańcy tych krajów cierpią. Dlatego wolę zdać się na ich opinię. Łotwa przeżyła największe załamanie dochodu narodowego w całej Unii. Rząd został zmuszony do forsowania programu oszczędnościowego, przy którym cięcia w Irlandii wydają się dziecinadą. A Łotysze to akceptują. Najwyraźniej uważają, że nawet takie wyrzeczenia nie podważają sensu bycia częścią zachodniej Wspólnoty.

Dlaczego Komisja Europejska nie dostrzegła tego niebezpieczeństwa?

Padła ofiarą nadmiernego optymizmu co do oceny perspektyw przyszłego wzrostu. Ani MFW, ani Bank Światowy, ani żadna inna międzynarodowa organizacja nie dostrzegły związanej z tym groźby. Trzeba jednak pamiętać, że to nie tylko banki są winne. Kredyt w końcu nie tylko ktoś daje, ale też ktoś go zaciąga. Bałtowie czy Bułgarzy także byli bardzo nieostrożni. Ale ten mechanizm psychologiczny nie jest trudno zrozumieć. Po prostu po latach wyrzeczeń okresu komunizmu po raz pierwszy ktoś oferował im na kredyt wielkie pieniądze i to o stosunkowo niskim oprocentowaniu. Trudno było takiej pokusie nie ulec. Tym bardziej że prawdziwy obraz sytuacji zaciemniał sztywny kurs walut narodowych w tych krajach do euro.

Dlaczego?

System płynnego kursu, jaki istnieje w Polsce, działa niczym automatyczny mechanizm bezpieczeństwa. Gdy do kraju napływa zbyt dużo kapitału, złoty się. umacnia To utrudnia życie eksporterom, którzy albo muszą przeprowadzić restrukturyzację, albo zrezygnować z części sprzedaży. Reasumując, zachodni inwestorzy od razu widzą, czy rzeczywiście kraj, w którym zamierzają lokować swój kapitał, stwarza takie możliwości wzrostu, jakich się spodziewali, czy nie. Przy sztywnym kursie walut tego bezpiecznika nie ma.

Po co więc kraje bałtyckie zdecydowały się na takie rozwiązanie?

To jest typowe wyjście dla państw, które przechodzą przez burzliwe wstrząsy polityczne i nie są w stanie z jednej strony samodzielnie zbudować wiarygodnych instytucji państwowych, a z drugiej opanować inflacji. Jednym słowem sztywny kurs walutowy stwarza iluzję drogi na skróty do świata bogatego Zachodu. Koszty przychodzą później. Jest tu pewna analogia do zjednoczenia Niemiec. Kanclerz Helmut Kohl zdecydował się na wymianę marki wschodnioniemieckiej na markę zachodnioniemiecką po kursie 1:1. Dopiero potem okazało się, że z powodu tego posunięcia niemal cały przemysł landów wschodnich przestał być konkurencyjny i zbankrutował.

To może te kraje powinny teraz wycofać się ze sztywnego kursu i pójść w ślady Polski?

Na to jest już za późno. Estonia za miesiąc będzie w strefie euro, pozostałe kraje bałtyckie też chcą możliwie szybko pójść w jej ślady. Te kraje już poniosły wszystkie koszty wybranej strategii walutowej. Gdyby teraz wycofały się z niej, czekałyby je kolejne wstrząsy.