Obowiązująca od dziś ustawa „O zmianie ustawy — Prawo bankowe oraz niektórych innych ustaw” mówi wprost, że „kredytobiorca może dokonywać spłaty rat kapitałowo-odsetkowych oraz dokonać przedterminowej spłaty pełnej lub częściowej kwoty kredytu bezpośrednio w tej walucie”.
Takie postawienie sprawy zdecydowanie poprawia pozycję osób spłacających kredyty walutowe. Na pewno łatwiej w takiej sytuacji refinansować zadłużenie, a gdy bank ma taką świadomość zupełnie inaczej rozmawia z klientem chcącym renegocjować niektóre warunki kredytu.
Jak to wyglądało kiedyś…
Weźmy kredyt osoby, która np. zaciągała w wakacje zeszłego roku kredyt w euro w banku DnB Nord. Aby uzyskać 300 tys. zł kupiła od banku (po ówczesnym kursie kupna 3,84 zł) ponad 78 131 EUR, po roku ma do oddania ok. 76,4 tys. EUR. Jeśli chciałaby przejść z takim kredytem do konkurencji musiałaby spłacić go w złotówkach. DnB Nord przeliczyłby kredyt po swoim kursie sprzedaży euro, czyli 4,28 zł za euro i zażądał 327 tys. zł. Nowy bank, np. Raiffeisen, podzieliłby 327 tys. zł kredytu po swoim kursie kupna euro (4,034 zł) i po całej operacji klient byłby winny nowemu bankowi ponad 81 tys. euro, zamiast dotychczasowych 76,4 tys. EUR.
>>> Polecamy też: Zobacz, jak zaoszczędzić na frankach dzięki ustawie antyspreadowej
…a jak wygląda teraz
Obecnie klient po prostu przenosi kwotę zadłużenia w euro która pozostaje mu do spłaty czyli w naszym przypadku ok. 76,4 tys. euro. Różnica? 5 tys. euro. To ok. 7 proc. wartości przenoszonej przez przykładowego klienta kwoty, czyli tyle ile wynosi przeciętna wartość różnicy między kursem kupna i sprzedaży euro w bankach.
Taki scenariusz możliwy był też wcześniej w ramach Rekomendacji S. Ale mogły sobie pozwolić na niego wyłącznie osoby, które podpisały odpłatny aneks do umowy kredytowej, a w niektórych bankach jego cena była zaporowa.
O refinansowaniu franka nie ma co marzyć
Tyle teoria. W praktyce obecnie osoby z kredytami we franku nie miałyby co szukać refinansowania na rynku, bo po pierwsze nie uzyskałyby pewnie niższej marży niż ta, którą mają, a po drugie trudno byłoby znaleźć bank gotowy udzielić kredytu znacznie przekraczającego wartością zabezpieczenie, a z taką sytuacją ze względu na wzrost wartości kursu franka mamy obecnie do czynienia. Ale już osoby z kredytem w euro w kieszeni mogą na poważnie rozważyć możliwość obniżenia wysokości swoich rat. I przejścia do instytucji oferującej niższą marżę i nie wymagającej kosztownych ubezpieczeń.
Trzeba pogodzić się z formalnościami i wstępnymi kosztami
Oczywiście klient musi pamiętać, że refinansowanie kredytu wymaga przejścia od nowa przez ścieżkę kredytową, a także poniesienia wielu dodatkowych kosztów, nawet gdy nie ma już tego związanego ze spreadem.
>>> Zobacz też: Kasprzak: między bankami już trwa konkurencja na spready
Dopiero po zsumowaniu koniecznych wydatków można podjąć odpowiedzialną decyzję o zmianie banku. W wielu bankach co najmniej przez pierwsze trzy do pięć lat od zawarcia umowy, za wcześniejszą spłatę kredytu trzeba zapłacić prowizję wynoszącą ok. 1,5 proc. wartości oddawanej kwoty. Klient musi również starać się o zmianę wpisu w księdze wieczystej nieruchomości i do czasu nowego wpisu opłacać ubezpieczenie pomostowe co oznacza np. na kilka miesięcy podniesienie oprocentowania od 0,5 do 1,5 p.p. Trzeba też wyłożyć pieniądze na wynagrodzenie dla notariusza, nową wycenę nieruchomości, ewentualną prowizję w nowym banku.
W nowych warunkach jednak, jeśli marża kredytu walutowego po refinansowaniu będzie niższa, zdecydowanie łatwiej osiągnąć w niedługiej perspektywie korzyść ze zmiany niż miało to miejsce kiedyś.
Czy banki pozostaną na taką sytuację obojętne? Trudno dziś kategorycznie stwierdzić. Można się jednak spodziewać, że mogą próbować na dłużej wiązać klientów prowizją za wcześniejszą spłatę kredytu walutowego
Od 2009 Analityk Gold Finance, ekspert w zakresie produktów bankowych
Od 2007 do 2009 Dziennik
Od 2000 do 2007 Gazeta Giełdy Parkiet, dział giełdowy
Od 1999 do 2000 Prawo i Gospodarka
Od 1998 do 1999 Gazeta Giełdy Parkiet
Od 1997 do 1998 Prawo i Gospodarka
Od 1994 do 1997 Gazeta Stołeczna, dodatek do Gazety Wyborczej
Halina Kochalska rozpoczęła studia w 1990 roku na wydziale Politologii Uniwersytetu Jagiellońskiego, specjalność dziennikarstwo. Dyplom uzyskała już
na wydziale dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego. W trakcie studiów współpracowała z krakowską redakcją Gazety Wyborczej, po zmianie uczelni
na Uniwersytet Warszawski została zatrudniona w redakcji Gazety Stołecznej. Od 1997 roku pisała artykuły o tematyce gospodarczej dla Prawa i Gospodarki. Specjalizowała się
w temacie prywatyzacji i spółek giełdowych. Doświadczenie w dziennikarstwie finansowym zdobywała w również Parkiecie, gdzie jako pierwsza kobieta została zatrudniona w dziale giełdowym. Z Gazetą Giełdy Parkiet była związana przez niemal 4 lata. Od 2007 jako dziennikarka finansowa Dziennika specjalizowała się w tematyce bankowości i produktów bankowych
W październiku 2009 roku Halina Kochalska dołączy do grona analityków Gold Finance jako ekspert w dziedzinie sektora bankowego oraz usług i produktów bankowych.
