Władze Palestyny zdesperowane zastojem w rokowaniach z Izraelem postanowiły zgłosić wniosek o przyjęcie ich kraju do ONZ, co uczyniłoby z niego pełnoprawne państwo, przynajmniej w rozumieniu prawa międzynarodowego. W piątek emocje sięgnły zenitu. Przewodniczący Autonomii Mahmud Abbas formalnie przedstawi wniosek, a Amerykanie go zawetują.

Palestyńczycy, choć stoją na dużo słabszej pozycji niż Izrael, zaczęli rozgrywać swoją kartę nadzwyczaj umiejętnie. Głosowanie w ONZ – jeśli do niego dojdzie, bo do końca wisiało na włosku – zacznie nową erę w relacjach arabsko-żydowskich. Akcja Abbasa jest spójną koncepcją wyjścia z impasu. Ofensywa dyplomatyczna połączona z masowymi, ale pokojowymi demonstracjami w samej Palestynie to silny głos, który trudno będzie zignorować. Tym bardziej że Palestyńczycy domagają się praw oczywistych dla każdego cywilizowanego narodu, a sytuacja w regionie bardzo im sprzyja. Od wybuchu arabskiej wiosny w grudniu 2010 r. pozycja Izraela osłabła. Choć rewolucje w Tunezji, Egipcie, Libii, Jemenie i Syrii nie były wymierzone w państwo żydowskie, wywróciły do góry nogami układ sił, na którym opierało się jego bezpieczeństwo.

>>> Czytaj też: Ambicje Palestyńczyków szkodzą pozycji USA w świecie arabskim

Przed rewoltami funkcjonowało ono w środowisku wprawdzie nieprzyjaznym, ale kontrolowanym. Już w latach 70. Izrael dogadał się z Jordanią, nieformalnie współpracując z nią w zwalczaniu palestyńskich ruchów zbrojnych. W Syrii rządził wprawdzie wrogi Żydom ród Assadów, ale oba państwa wypracowały lokalną odmianę „zbrojnego pokoju”, jaki charakteryzował stosunki Wschodu z Zachodem w czasach zimnej wojny. W ostatnich latach Damaszek rozmawiał nawet z Jerozolimą za pośrednictwem Turcji o podpisaniu pokoju w zamian za zwrot wzgórz Golan. Jeszcze korzystniej sprawy przedstawiały się na południu. Od czterech dekad Izrael żył w pokoju z Egiptem rządzonym przez reżim Mubaraka. Oba państwa współpracowały w blokowaniu Strefy Gazy zdominowanej przez Hamas, egipska policja tropiła antyizraelskich ekstremistów, którzy przy okazji zagrażali także rządom w Kairze. Pozycję Izraela wzmacniała dodatkowo współpraca polityczna i wojskowa z Turcją. Na tureckich poligonach izraelskie lotnictwo doskonaliło umiejętności przed atakami na Liban i Strefę Gazy. Nawet Arabia Saudyjska zachowywała neutralność, choć płynęły z niej pieniądze na palestyński Fatah i Hamas. Saudyjscy książęta leczyli się potajemnie w izraelskich klinikach.

W takim układzie geopolitycznym tylko południowy Liban zdominowany przez Hezbollah pozostawał czarną dziurą w systemie bezpieczeństwa państwa żydowskiego. Był jednak zagrożeniem punktowym, ograniczonym geograficznie i militarnie, z którym łatwo było sobie radzić.

>>> Czytaj też: Talaga: Islam, czyli rynek

Cała ta struktura runęła. Pierwsza wyłamała się z niej rządzona przez umiarkowanych islamistów Turcja, która buduje swoją strefę wpływów w krajach muzułmańskich. Ukoronowaniem obojętności, a teraz już wrogości Ankary, było wydalenie w zeszłym tygodniu izraelskiego ambasadora i zerwanie współpracy wojskowej z Izraelem.

Domino posypało się jednak na dobre wraz z upadkiem Mubaraka w Egipcie. Wieści znad Nilu są dla Izraela więcej niż złe. Najsilniejszym ugrupowaniem politycznym jest tam obecnie fundamentalistyczne Bractwo Muzułmańskie, władze wojskowe nie są już w stanie kontrować antyizraelskich nastrojów ulicy, co pokazało niedawne zdemolowanie przez tłum ambasady izraelskiej. W dodatku wojsko i policja praktycznie straciły kontrolę nad większością Synaju, prowincji granicznej z Izraelem. Rządzą tam teraz Beduini, którzy za pieniądze współpracują z ugrupowaniami terrorystycznymi planującymi ataki na Izrael. Chwieje się też reżim w Syrii. Opozycja deklaruje wprawdzie przywiązanie do demokracji, ale jeśli siły bezpieczeństwa natrafiają na zbrojny opór, organizują go salafici, najbardziej radykalna odmiana islamu. Największe demonstracje antyrządowe mają zaś miejsce w regionach, gdzie od czterech dekad rząd dusz dzierży zdelegalizowane Bractwo Muzułmańskie. Po upadku reżimu Syria będzie otwarta dla antyizraelskich bojówek. Kto wie, może nawet nowy rząd zostanie zdominowany przez radykałów.

Palestyńczycy poczuli, że czas im sprzyja. Walką o przyjęcie do ONZ wpisują się w arabską wiosnę ludów. Zawetowanie wniosku o przyjęcie do Organizacji Narodów Zjednoczonych ustawia Amerykanów w pozycji wrogów arabskiej wolności, a Izrael na równi z opresyjnymi reżimami Mubaraka, Ben Alego i Assada. Dlatego dyplomacja amerykańska dwoiła się i troiła, by zniechęcić Abbasa od złożenia wniosku. Najwyraźniej bezskutecznie.

>>> Czytaj też: Krezus atakuje bankruta – czyli Izrael kontra Palestyna

Podobny problem miała Europa. Do piątku nie zdołała ustalić wspólnego stanowiska, część państw chciała głosować za wnioskiem palestyńskim (Irlandia, Szwecja, Finlandia, Hiszpania, Belgia), część przeciw (Niemcy, Włochy, Holandia, Czechy), a najliczniejsza grupa – w niej Polska – nie ujawniała swoich preferencji. Największe rozterki przeżywały Wielka Brytania i Francja. Gdyby niedawni wyzwoliciele Libii opowiedzieli się przeciw prawom Palestyńczyków, ich lśniąca blaskiem gloria w świecie arabskim przyblaknie.

Palestyna nie zostanie wprawdzie przyjęta do ONZ na prawach członka, ale i tak nie pogorszy to jej sytuacji. Nie straci też Izrael, bo jego pozycja już jest wystarczająco słaba. Za całą aferę zapłacą Ameryka oraz Europa. To bolesny paradoks, bo są one głównymi sponsorami zwaśnionych stron. W roku budżetowym 2011 USA wyłożą na pomoc wojskową dla Izraela 3 mld dol. – o tyle wnioskował prezydent Obama. Są też hojne dla Palestyny. Od kilku lat przekazują łącznie na potrzeby władz Autonomii i uchodźców ponad pół miliarda dolarów rocznie.

UE także gra na dwojgu skrzypiec. Objęła europejską polityką sąsiedztwa zarówno Izrael, jak i Palestynę, ale wyraźnie preferuje tę drugą. W budżecie EPS na lata 2007 – 2013 dla państwa żydowskiego przeznaczono 8 mln euro, dla Autonomii – aż 632 mln euro. Dodatkowe pieniądze płyną z unijnego mechanizmu PEGASE. Od jego powołania w lutym 2008 r. UE wydała na Palestynę 1,12 mld euro. Do tego dochodzą pomoc dla uchodźców oraz bezpośrednie dotacje krajów członkowskich.

Skoro Ameryka i Europa łożą na Izraelczyków i Palestyńczyków, dlaczego nie potrafią skłonić ich do kompromisu? Izrael bierze pieniądze z Waszyngtonu i wbrew jego woli rozbudowuje osiedla na terytoriach okupowanych. Palestyńska administracja zaś w ogóle by nie istniała, gdyby nie wsparcie Zachodu – dotacje z państw arabskich bowiem pokrywają jedynie ok. 20 proc. jej potrzeb. Mimo to parła do awantury w ONZ. Ogon najwyraźniej zaczął machać psem, ponieważ pomoc nie jest warunkowana postępami w procesie pokojowym. Stoją za nią emocje, czyli europejskie wyrzuty sumienia wobec Palestyńczyków i moralne zobowiązania USA wobec Izraela oraz lobby żydowskiego. Gdyby w Ziemi Świętej Zachód wrócił do gry interesów, jak to robi choćby w Afryce Północnej, i zaczął wymagać w zamian za pieniądze, przybliżyłby szanse na pokój. Tak tylko traci – zarówno finansowo, jak i politycznie.