Obiegowe opinie o zagranicznym kapitale brzmią tak: obce sieci handlowe zarabiają u nas krocie, nie płacą podatków i transferują zyski za granicę, i niemal to samo można powiedzieć o bankach. Oficjalne dane na temat inwestycji bezpośrednich, opublikowane kilka dni temu przez Narodowy Bank Polski, pozwalają jednak inaczej spojrzeć zarówno na zaangażowanie zagranicznego kapitału w naszym kraju, jak i na uzyskiwane u nas dochody obcych inwestorów.

Handel i finanse

nie takie dochodowe Jak się okazuje, w ubiegłym roku najbardziej rentowną branżą dla zagranicznych inwestorów bezpośrednich, czyli takich, którzy przejmują kontrolę nad działającą w Polsce firmą, był… transport lotniczy. Łączne zaangażowanie zagranicznych właścicieli nie przekraczało 350 mln euro, a w postaci dywidend, dochodów z pożyczek oraz reinwestowanych zysków udało im się zarobić 190 mln euro.

Stopa dochodu (liczona jako stosunek dochodu do zaangażowania na koniec 2011 r.) wynosiła blisko 55 proc. W drugim pod względem dochodowości sektorze – produkcji instrumentów pomiarowych, nawigacyjnych, precyzyjnych i optycznych, zegarów i zegarków oraz aparatury medycznej – stopa dochodu wynosiła prawie 35 proc.

Tyle że tu zaangażowanie było już znacznie mniejsze. W grudniu 2011 r. nieco tylko przekraczało 60 mln euro. Na tym tle sieci handlowe wypadają dość blado – każde zainwestowane u nas 10 euro dało w 2011 r. jedno euro dochodu. Przy tym ponad połowa pieniędzy zarobionych u nas przez zagranicznych właścicieli sklepów została w naszym kraju. NBP ujmuje to jako reinwestowane zyski.

Jak to w praktyce działa, można przekonać się na przykładzie Biedronki należącej do portugalskiej grupy Jeronimo Martins, która co kwartał otwiera kilkadziesiąt nowych sklepów. Finanse pod względem opłacalności dla zagranicznych inwestorów okazały się minimalnie mniej opłacalne niż handel.

Tu stopa zwrotu wyniosła w minionym roku niecałe 10 proc., a jeśli ograniczyć się do działalności bankowej, to było to niecałe 9 proc., czyli mniej więcej tyle, ile wynosiła średnia stopa dochodu zagranicznych inwestorów bezpośrednich w naszym kraju. I tu – podobnie jak w przypadku firm handlowych – ponad połowa wypracowanych zysków nie opuściła naszych granic.

Miało to związek nie tyle z planami dynamicznego rozwoju, ile z ograniczeniami narzuconymi przez nadzór finansowy, któremu zależało na zwiększeniu kapitałów działających w naszym kraju banków (w większości zależnych od inwestorów zagranicznych).

Pewny dochód z pożyczek

Ogółem zagraniczni inwestorzy bezpośredni zarobili u nas w ubiegłym roku 13,5 mld euro. W coraz większym stopniu inwestycje polegają przy tym – jak w handlu czy finansach – nie na przysyłaniu dodatkowego kapitału z zagranicy, ale na pozostawieniu u nas części zysków wypracowanych przez polskie filie zagranicznych firm. Wśród zagranicznych menedżerów rośnie również popularność pożyczek udzielanych polskim spółkom zależnym.

Z punktu widzenia zagranicznego właściciela pożyczka może być wygodniejsza niż objęcie nowej emisji akcji. Po pierwsze te pieniądze łatwiej wracają do właściciela: pożyczka ma określony termin spłaty, w razie potrzeby można go dodatkowo skrócić. Po drugie w umowie pożyczki właściciel może z góry zagwarantować sobie dochód, nawet jeśli polska fabryka nie przynosi zysków.

Inwestujemy sami u siebie

W 2011 r. najwięcej kapitału przypłynęło do nas z Luksemburga. Zaangażowanie podmiotów zarejestrowanych w tym niewielkim państwie zwiększyło się w 2011 r. o ponad 4,5 mld euro (po wzroście o 2 mld euro rok wcześniej). I tu pojawia się problem. Duża część luksemburskich inwestycji w Polsce ma właściwie charakter statystyczny, bo jest sfinansowana pieniędzmi, które wcześniej wypłynęły z naszego kraju.

Przeniesienie aktywów do tego kraju to sposób na ograniczenie podatków płaconych przez właścicieli polskich firm. W efekcie Luksemburg zajmuje pierwsze miejsce na liście krajów, do których trafiają polskie inwestycje bezpośrednie. W końcu 2011 r. było to już ponad 9 mld euro. Luksemburg nie jest wyjątkiem. Trzecie miejsce na liście celów polskich inwestycji zajmuje Cypr. W ubiegłym roku trafiło tam z naszego kraju ponad 1,2 mld euro. Czwarta jest Holandia (choć akurat tam w 2011 r. zaangażowanie polskich inwestorów nieco się zmniejszyło).

Holendrzy lepsi od Niemców

To, że od lat Holandia otwiera zestawienie największych inwestorów w naszym kraju, jest tylko w części związane z faktem, że do tego zachodnioeuropejskiego kraju trafiły ponad 2 mld euro z Polski. Koncerny z całego świata rejestrują w Holandii przynajmniej część działalności i holenderskie podmioty wykorzystują do inwestycji w innych krajach europejskich, w tym w Polsce. Ten mechanizm powoduje, że do holenderskich inwestorów w Polsce można zaliczyć amerykańskiego producenta papierosów Philip Morris, japoński Bank of Tokyo-Mitsubishi, fińską Neste, właściciela sieci stacji benzynowych czy nawet bezpośredniego właściciela spółki Renault Polska.

Choć nie brakuje i spółek należących do koncernów o holenderskim rodowodzie. W efekcie Holendrzy pod względem zaangażowania w naszym kraju wyprzedzają większych europejskich partnerów – Niemcy i Francję. Holandia znalazła się również w minionym roku na pierwszym miejscu, jeśli chodzi o wielkość dochodów uzyskanych z polskich inwestycji – wyniosły one blisko 2,8 mld euro.

Na drugim miejscu byli Niemcy, którzy zarobili u nas 2,6 mld euro. Niemcy mogli w 2011 r. pochwalić się 12,6-proc. stopą dochodu z bezpośrednich inwestycji zagranicznych w naszym kraju. Wśród dużych inwestorów lepsi od naszych zachodnich sąsiadów okazali się jednak Austriacy, którzy inwestując 4,7 mld euro, zarobili blisko 700 mln euro.