Innowacyjna gospodarka to jedno z programowych założeń nie tylko polskiego i innych europejskich rządów. To także nowy chiński model rozwoju – obok wspierania klasy średniej i konsumpcji. Wspólnie mają być siłą napędową dalszych zmian i reform.

Tymi kwestiami zajął się Shaun Rein, Chińczyk z pochodzenia, z mieszanego małżeństwa, wykształcony na amerykańskich uczelniach, założyciel i dyrektor wykonawczy firmy konsultingowej China Market Research (CMR), która specjalizuje się w doradztwie dla międzynarodowych koncernów. Silnie obecny w zachodnich mediach, lecz na stałe osadzony w Chinach, gdzie – dzięki żonie ze znanej rodziny chińskich komunistów – ma dostęp do najwyższych salonów władzy. Jest uosobieniem człowieka sukcesu swego pokolenia. Sporo szumu narobił swą pierwszą książką „The End of Cheap China” (Koniec tanich Chin), bowiem zajął się kluczowym dla dzisiejszych Chin zjawiskiem. Jego drugi tom „The End Of Copycat China” (Koniec Chin opartych na podróbkach) też trafia w sedno. Co wyjaśnia podtytuł – „Wzrost kreatywności, innowacyjności i indywidualizmu w Azji” (w istocie chodzi o Chiny).

Autor wykorzystał około 50 tys. kwestionariuszy z badań prowadzonych przez swoją firmę, a sam też przeprowadza wywiady (niektóre zamieścił w książce) z szefami najważniejszych i najbardziej kreatywnych chińskich firm oraz ludźmi ze środowiska biznesowego, które przecież doskonale zna, bo z niego żyje.

Koniec podróbek

Najważniejsze są chyba początkowe części tego ciekawego tomu – poświęcone nowoczesnym technologiom i ich rozwojowi. Autor stawia tezę, że Chiny przeszły już przez pierwszy etap innowacyjności, czyli okres podróbek i kopiowania zachodnich wzorów. Teraz są już na etapie drugim, na którym „źródła innowacyjności pochodzą głównie z wewnątrz”. A wkrótce – jego zdaniem – należy spodziewać się etapu trzeciego, gdy Chiny ruszą z innowacyjną ekspansją na świat, czego znamiona już dostrzegamy.

Rein pomija bodaj najgłośniejszy na świecie przypadek firmy Lenovo, bo w istocie została przejęta od IBM i Hewlett Packard, natomiast dosłownie nicuje trzy firmy: Alibaba, Tencent i Xiaomi, które dowodzą chińskiej kreatywności w dziedzinie technologii informatycznych.

Koncern Alibaba – dzieło filigranowego Jacka Ma – niedawno z rozgłosem wszedł na nowojorską giełdę i zbija tam kokosy. To zarazem pierwsza i największa w Chinach firma handlu internetowego występująca pod nazwą Taoabo. Przebiła ona obrotami, choć nie zasięgiem, słynny amerykański Amazon.

Alibaba to także Alipay, czyli system elektronicznych usług bankowych na wzór zachodniego PayPal. To też jest żyła złota, bowiem Chińczycy w dużych miastach unikają wizyt w banku, co do niedawna było traumatycznym doświadczeniem, wolą korzystać z rozwiązań elektronicznych. Oprócz tego Alibaba uruchomił cieszący się coraz większą renomą (a to z powodu uzasadnionych obaw o jakość) system bezpośredniego zakupu elektronicznego towaru u producenta zwany Tmall. Dzięki temu klient wiąże się z daną firmą i tak rodzi się – lub nie – zaufanie, towar wciąż chyba najbardziej deficytowy na rynku.

Chińczycy odrzucili też u siebie amerykański system GPS, tłumacząc to względami bezpieczeństwa. Alibaba zareagował szybko, kupując za 1,5 mld dol. system nawigacji samochodowej AutoNaviHoldings i budując na jego podstawie własny system elektronicznego prowadzenia pojazdów.

Kwestia chińskich odpowiedników zachodnich systemów jest szersza. Chińczycy używają własnego Twittera – Weibo. Korzystają też z dwóch odpowiedników YouTube – Tudou i Yukou. Mają też własny odpowiednik przeglądarki internetowej Google zwany Baidu. Ponieważ sam z niego często korzystam, mogę zaświadczyć o jego wysokiej jakości merytorycznej (oczywiście chodzi o podawane informacje, używaną ikonografię i dokumentację, a nie interpretacje, bowiem cenzura też jest odczuwalna).

Z kolei pochodząca z Shenzhenu grupa Tencent może się pochwalić chyba największym ostatnio na chińskim rynku elektronicznym sukcesem, jakim jest system WeChat. Chodzi o zastąpienie popularnego SMS przesyłaniem krótkich wiadomości video. System ma też – równie popularny – moduł, pozwalający na szybkie przetwarzanie wiadomości głosowych w tekstowe. Podbija już nie tylko ChRL, lecz również chińskojęzyczny Tajwan, a nawet państwa Azji Południowo-Wschodniej. Tencent uruchomił też własny odpowiednik systemu Tmall zwany JD.com, którego popularność zauważalnie i szybko rośnie.

>>> Polecamy: Apple powinien przejąć Grecję. Mógłby na tym zyskać

Koniec skostnienia?

Shaun Rein jest doskonały i odkrywczy w prezentacji naprawdę imponujących osiągnięć chińskiej elektroniki użytkowej. Niestety, praktycznie do tej dziedziny się ogranicza. Próbuje jeszcze penetrować, ale już w mniejszym stopniu, chińskie biotechnologie oraz działania na rzecz czystej i bezpiecznej żywności, co z racji tamtejszych zanieczyszczeń i nieuczciwości producentów stało się wręcz obsesją grupy, której sam jest reprezentantem – ludzi na styku władzy i pieniądza, wykształconych na najlepszych zachodnich uczelniach i teraz zbierających ogromne profity po powrocie do Chin. Oni walczą już o lepszą jakość i stają się nosicielami zupełnie innych wartości niż te, które były cenione dotychczas. Bezpardonowa walka o ilość i wzrost powoli, lecz zauważalnie zamienia się w nie mniej zacięty bój o lepszą jakość, co wymaga obalenia wielu dotychczasowych nawyków, pojęć, stereotypów i praktyk.

Autor ledwie zamarkował natomiast szybki wzrost liczby chińskich patentów (co jest tematem samym w sobie), nie odnotował wzrostu nakładów na badania i rozwój (z 1,75 w 2010 do 2,20 proc. PKB w 2015 r.). Nie dotarł do takich dziedzin, z których Chiny są dumne, jak szybkie koleje, alternatywne źródła energii, nowe rozwiązania architektoniczne czy wielkie projekty infrastrukturalne (tunele, mosty, porty lotnicze itp.), o przemyśle kosmicznym już nie mówiąc. (>>polecamy: Eksplozja chińskich patentów)

Prezentuje nam natomiast, co jest drugą silną i odkrywczą stroną tej relacji, swego rodzaju socjologiczną wiwisekcję tej zupełnie nowej warstwy chińskich przedsiębiorców i eksperymentatorów działających na rzecz innowacyjności.

W zasadzie wszyscy interlokutorzy autora podzielają jeden pogląd: nie będzie w Chinach innowacyjnego przełomu, co jest teraz intencją tamtejszych władz, jeśli nie dokona się gruntownej zmiany rodzimego systemu kształcenia. Tradycja chińska polega bowiem na pamięciowym opanowywaniu materiału i powielaniu tak nabytej wiedzy, co jest zaprzeczeniem kreatywności i podstawową dla niej barierą. A trudno przecież liczyć na prawdziwy przełom, gdy wszyscy najbardziej kreatywni będą – jak dotąd – w całości lub częściowo absolwentami zachodnich uczelni.

To sprawa zasadnicza. Autor pisze na ten temat tak: „Kiedy po raz pierwszy zacząłem dzielić się pomysłami na tę książkę, wielu mi ją odradzało. Byli przekonani, że chińskie firmy nie są zdolne do innowacji. Wskazywali na powszechne piractwo, brak kreatywności w systemie kształcenia i twardo egzekwowane odgórne regulacje hamujące innowacyjność. Jedna o osób ostrzegła mnie nawet: „Stracisz wiarygodność, pisząc na temat innowacji w Chinach”. Inna z kolei twierdziła, że jestem w kompletnym błędzie, albowiem w chińskiej kulturze jest coś takiego, co naturalnie hamuje innowacje”.

To skostnienie i brak elastyczności doprowadziło swego czasu do przegranej Chin z Zachodem. Jednakże teraz, o czym autor jest głęboko przekonany i co udowadnia na wiele sposobów, tendencje odwracają się, co prowadzi go do konkluzji: „chińskie firmy… z całą pewnością są na drodze odejścia od prostego kopiowania amerykańskich i europejskich modeli biznesowych w nowoczesnych technologiach”.

Wydaje się, że akurat ta teza jest stawiana nieco na wyrost, bowiem wyraźnie widać, że Chińczycy ruszyli teraz w kierunku Zachodu, przede wszystkim Europy. I tak jak poprzednio w Afryce czy Ameryce Łacińskiej szukali surowców, tak u nas szukają przede wszystkim właśnie nowych rozwiązań i technologii. Forsują fuzje i przejęcia, kupują znane firmy i marki, a zupełnie nie są zainteresowani budową nowych inwestycji od postaw.

Zostaną czy wyemigrują

Jest wreszcie jeszcze jedna warstwa tej ciekawej pracy obalającej zachodnie mity i stereotypy o Chinach. To druga strona tego samego medalu. Autor, jak zawsze ostrożny i niekrytykujący chińskich władz, idzie w ślad za ich obecnymi wskazaniami i pokazuje złe praktyki istniejące także w najlepszych firmach, związane z kultem mamony i powszechną korupcją.

Pokazuje też uczciwie dylematy wykształconych za granicą i znających tamtejsze realia biznesmenów, w ślad za którymi idzie już chińska masowa turystyka, co też jest na tych stronach odnotowane i wyeksponowane. Do niedawna zamknięci w swoim kokonie Chińczycy poznają teraz świat zewnętrzny, od Tajlandii, Korei Południowej, Singapuru i Japonii, po Nowy Jork, Paryż i Rzym (to ulubione kierunki ich eskapad). Widzą różnice, dlatego buntują się przeciwko podróbkom i towarom złej jakości. A ponieważ mają coraz więcej pieniędzy, zmieniają się w koneserów – często jak nuworysze – najlepszych towarów i firm, najlepszych zegarków, telefonów czy win.

To zaskakuje, bo gdy się często do Chin jeździ, co akurat jest i moim udziałem, to coraz częściej zwraca się uwagę na to, że ich mieszkańcy posługują się niby taką samą elektroniką użytkową, jak my, ale jakby nieco bardziej zaawansowaną. Mają o wiele lepsze smartfony, i-pady czy laptopy niż te dostępne w Polsce, a chyba i na zachodzie Europy.

Coraz większe pieniądze i coraz lepszy sprzęt nie wszystkich jednak przekonują. Tak jak na nadal najczęściej nie najlepszą jakość chińskich produktów nosiciele innowacyjności – ludzie majętni, wykształceni i obyci w świecie – nie godzą się również na niebywałe zanieczyszczenie środowiska: produktów żywnościowych, wód, ziem, a nade wszystko powietrza.

Autor przeprowadza wiele wywiadów z osobami, które mówią mu wprost: wyjedziemy stąd, jeśli w ekologii nie nastąpi przełom. Statystyka pokazuje główne kierunki: Australia i Nowa Zelandia. To od konsekwencji i zdecydowania chińskich władz zależy, czy rodząca się – i to szybko – innowacyjność w Chinach pozostanie, czy jednak wyemigruje. To jeszcze jeden wymiar chińskich dylematów epoki zmiany modelu rozwojowego i przechodzenia z ekspansji na zrównoważony rozwój, a więc zrazem z ilości na jakość.

>>> Czytaj też: Powrót historii. Stare siły rozsadzają światowy porządek