Białoruś ucierpiała od skutków rosyjskiego kryzysu. Mińsk stara się o kredyt zarówno w Rosji, jak i w MFW. W ubiegłym tygodniu na Białorusi gościła misja MFW, rozmowy jednak przeciągną się na kolejne miesiące. Mińsk stara się w instytucji o 3,5 mld dol. To niewiele mniej niż wartość kurczących się rezerw walutowych naszego sąsiada.

Fundusz przedstawił Białorusinom warunki, których spełnienie wymagałoby jednak przełamania barier ideologicznych, co do tej pory bywało trudne. Władze zobowiązały się m.in. przyspieszyć prywatyzację i podwyższyć taryfy za usługi komunalne. W zamian MFW zgodził się tylko na podwyższenie zasiłków dla bezrobotnych, by zmniejszyć niezadowolenie obywateli. Choć miejscowa opozycja jest rozbita jak nigdy wcześniej, władze postarają się uniknąć jakichkolwiek kroków, które przed planowanymi na 11 października wyborami mogłyby się negatywnie odbić na nastrojach.

Problem polega jednak na tym, że niektóre z tych kroków były obiecywane już wcześniej. W latach 2008–2010 władze przeprowadziły co prawda liberalizację gospodarki, zmniejszając liczbę podatków i deregulując niektóre obszary rynku, jednak plany prywatyzacyjne zawsze obracały się wniwecz. Oddanie części aktywów w prywatne ręce było zresztą oczekiwane nie tylko przez zachodnich, ale i rosyjskich kredytodawców. Nic z tego nie wyszło; na lata 2012–2013 planowano sprzedaż majątku za 2,5 mld dol. rocznie. Wykonano 2 proc. tego planu.

>>> Czytaj też: Nowa polityka gospodarcza Białorusi. Kraj odchodzi od populizmu

– MFW przedstawia nam nie tylko żądania gospodarcze, ale i polityczne. Dlaczego mamy tańczyć, jak nam zagrają? Sami powinniśmy myśleć, jak żyć, aby gospodarka się rozwijała, by w kraju było stabilnie i byśmy nie żyli za pożyczone, a zmniejszali zadłużenie – mówiła w 2013 r. ówczesna szefowa miejscowego banku centralnego Nadzieja Jermakowa. Choć wśród białoruskiej elity nie brakuje gospodarczych liberałów, prezydent – nie bez doradztwa bardziej socjalistycznie myślących doradców – dotychczas stopował ambitne programy prywatyzacyjne.

Co więcej, Mińsk bardzo szeroko postrzega branże, o których sprzedaży nie powinno być mowy ze względów strategicznych. Chodzi nie tylko o producenta nawozów Biełaruśkalij czy rafinerie w Mozyrzu i Nowopołocku. W 2012 r. władze znacjonalizowały dwie fabryki słodyczy – Kamunarkę i Spartaka – ponieważ ich właściciel nie chciał poprawić bilansu dewizowego kraju poprzez zwiększenie importu półproduktów. – Ilekolwiek by kosztowały nasze słodycze, ojciec i matka i tak je dziecku kupią. A to znaczy, że to są przedsiębiorstwa o znaczeniu strategicznym – argumentował wtedy Łukaszenka.

Także dlatego równolegle Mińsk stara się o 3 mld dol. kredytu z Rosji, a formalnie z Euroazjatyckiego Funduszu Stabilizacji i Rozwoju, w którym Rosja ma 80 proc. udziałów. – Decyzja w tej sprawie zostanie podjęta w razie potrzeby politycznej. Jeśli Rosja ją podejmie, Białoruś dostanie pieniądze – tłumaczył portalowi Tut.by ekonomista Dźmitry Kruk. Na razie Moskwa przymknęła oko na konieczność spłaty w tym roku 1,3 mld dol. Historia wskazuje, że po takich przysługach zazwyczaj następowały żądania właśnie natury politycznej. 

>>> Czytaj też: Konkurencja dla Łukaszenki. 14 osób chce kandydować w wyborach prezydenckich