Jednocześnie warto spytać, jak to możliwe, że do oszustwa doszło. A tutaj winny jest nie tylko niemiecki gigant samochodowy. Przemysł motoryzacyjny mógł przez wiele lat wodzić za nos instytucje odpowiedzialne za testy emisyjności zarówno w Europie jak i w USA. Teraz regulatorzy powinni uderzyć się w pierś i uszczelnić systemy.

W USA to producent testuje swój samochód i wysyła rezultat do Agencji Ochrony Środowiska (EPA), gdzie inżynierowie czytają dokumentację i przystawiają stempelek. Agencja dopuszcza dużą dowolność warunków przeprowadzania testów, co stanowi zaproszenie do rozmaitych krętactw. Agencja losowo testuje nowe samochody, ale nie więcej niż 10-15 proc. Testy na używanych samochodach zasadniczo się nie zdarzają.

Problemy z systemem były oczywiste jeszcze przed przekrętem Volkswagena. W 2013 roku opublikowano raport, według którego 55 proc. hybryd i 28 proc. samochodów z turbodoładowaniem nie spełniało wymagań EPA. W zeszłym roku Departament Sprawiedliwości zawarł z Hyunadiem i Kią porozumienie, w myśl którego miały zapłacić 350 mln dolarów kary za nadmierne zużycie benzyny. Mini oraz inni wytwórcy poprawiali swoje oficjalne statystyki spalania wyłącznie pod presją pozwów od konsumentów.

System w Europie ma własne problemy. Krótko przed skandalem Volkswagena jedna z grup ekologów opublikowała raport w którym wyraźnie wskazano rozbieżności między laboratoryjnymi i prawdziwymi wynikami spalania w samochodach takich marek jak BMW, Mercedes czy Opel. Komisja Europejska zapowiedziała, że wszystkie samochody osobowe będą przechodziły testy emisji od 2017 roku.

Oczywiście każdy system będzie w jakimś stopniu opierał się na samodzielnym testowaniu. Rządy nie mają ani pieniędzy ani czasu, by sprawdzać każdy nowy samochód. Jednak mogą uczynić cały system trudniejszym do obejścia.

Przede wszystkim należy powołać zespół, który będzie pilnował dobrych praktyk. Producenci samochodów mają cały arsenał brudnych sztuczek, które mogą zastosować – niskooporowe opony, wygładzanie wszystkich paneli czy usunięcie bocznych lusterek. System powinien być mniej przewidywalny, by producenci nie mogli się tak latwo przygotować do kolejnych testów. To rutyna testów była jedną z głównych przyczyn „sukcesu”, który odniósł Volkswagen.

Samo urządzenie, które służyło oszukiwaniu kontrolerów było dość proste. Znalezienie garści dolarów czy euro na dobre oprogramowanie nie powinno być problemem.

Powinny być także boleśniejsze konsekwencje naruszania tych norm, choćby utrata prawa do samodzielnego testowania samochodów na kilka lat. Niech sięgnie głębiej do kieszeni po certyfikaty od niezależnych ekspertów.

To, co zrobił Volkswagen zasługuje oczywiście na specjalne potępienie, jednak każdy producent samochodów stara się wykiwać system a regulatorzy przymykają na to oko. I tym także trzeba się zająć.