Pekin twardą ręką poszerza zasięg swojego lotnictwa, floty i strefy wpływów. Na nic zdają się protesty Wietnamu, Filipin oraz ich sojuszników w postaci USA czy Australii. Nikt nie podejmuje się oszacowania kosztów chińskiego przedsięwzięcia. Wiadomo, że jest prowadzone na masową skalę, że materiał do budowy podłoża sztucznych wysp prawdopodobnie pochodzi aż z kontynentu. Archipelagi, które powinny kojarzyć się z miejscami idealnymi na wymarzone wakacje, obecnie zamiast turystów pełne są chińskich pogłębiarek, specjalistycznego sprzętu oraz jednostek straży przybrzeżnej. Tempo, z jakim przybywa nowego lądu, jest imponujące. Jednak okoliczne państwa, których tereny są przez Chiny naruszane oraz Stany Zjednoczone, które z kolei nie chcą widzieć Pekinu rosnącego w siłę, niepokoją się coraz bardziej. Buduje się tam bowiem już co najmniej 3 pasy startowe mogące pomieścić nie tylko nowoczesne myśliwce, ale i wielkie transportowe, lądowiska dla helikopterów, a Chińczycy do tego regularnie ćwiczą na innych wyspach jednostki specjalizujące się w desancie. Straty mogące wyniknąć, jeżeli na spornym terenie wybuchnie wojskowy konflikt, będą także niewiarygodnie wysokie, ponieważ przez morze Południowochińskie przechodzi jeden z głównych szlaków handlowych świata. Wartość towarów transportowanych przez niego rocznie to ponad 5 bln dolarów. Jest to także kanał tranzytowy dla większości ropy z krajów Arabskich kierowanej do Japonii oraz Korei.

Opanowanie przez Pekin spornego morza przypieczętuje przejęcie Tajwanu (ogromna strata dla Amerykanów) oraz otworzy Chinom drogę do zewnętrznego łańcucha wysp w stronę Indonezji, Australii, Indii i Hawajów. Nie mówiąc o Japonii. Można zatem zaryzykować twierdzenie, ze ostatni weekend nie przyniósł światu tylko i wyłącznie wyników wyborów w Polsce. Poza nami głosowali także Argentyńczycy i Ukraińcy, ale ważne rzeczy działy się także w regionach świata położonych o wiele dalej.

Z morza Południowochińskiego przenosimy się na chwilę na Półwysep Koreański. Korea Południowa na przykład zastanawiała się, jakie hasło najlepiej odda charakter jej stolicy. Żadne z trzech przepuszczonych przez gęste sito eliminacji nie wydawało się dość dobre. Socjologowie, językoznawcy, specjaliści od turystyki krytykowali zarówno "SEOULing" (zbyt podobne do slumming, łączące nowoczesne miasto ze slumsami), "I.Seoul.You" (tym razem niepotrzebnie literackie, romantyczne - brzmi prawie jak I LOVE YOU spotykane na koszulkach, gadżetach a także na drzewach we wszystkich parkach swiata) oraz "Seoulmate" (brzmi tak samo jako "soul mate", angielskie określenie bratniej duszy, określenie owszem popularne na Zachodzie, ale przed 40 laty).

>>> Kto powinien bać się problemów gospodarczych Chin?

Zanim kierownictwo miasta wybierze ostatecznego zwycięzcę, przeprowadzono wiele sondaży. Pytano o zdanie zwykłych obywateli, firmy zajmujące się PRem, jednak ciągle nad głosowaniem krążył widmo wyboru najlepszej z najgorszych opcji. Ze względu na proces
wyborczy dziś nie można już cofnąć czasu i wrócić do którejś z 16 tys. innych zgłoszonych propozycji. Pojawiają się także opinie zdecydowanie negatywne skazujące nowe hasło na krótką karierę, podobnie jak poprzedni slogan "Hi Seoul", który okazał się niewypałem.

Pewnego rodzaju wybory trwały także na morzu Południowochińskim, gdzieś pomiędzy niewielkimi atolami w obszarze archipelagu Spratly. Tam, w miejscu, którego nazwy a nawet w miarę przybliżona lokalizacja wciąż niewiele mówią mówią w Polsce, od kilkunastu miesięcy gęstnieje atmosfera. Wyborem z ostatniego weekendu (doszło do niego dokładnie kilkanaście godzin później, w nocy z poniedziałku na wtorek europejskiego czasu) było zatem wysłanie przez amerykańską marynarkę okrętu na sporne tereny.

Chiny sprzeciwiały się udostępnieniu wód opływających wspominane sztuczne twory, Stany Zjednoczone z kolei wielokrotnie ostrzegały, że nie pozwolą na zagarnięcie tego terenu przez Chiny, do tego bez pytania nikogo o zgodę. W nocy z niedzieli na poniedziałek stało się to, czego spodziewano się od dawna. Prezydent Obama wydał zgodę na przepłynięcie niszczyciela "USS Ladden" w odległości 12 mil morskich od atolu Subi oraz Mischief na wyspach Spratly. Dystans ma znaczenie kluczowe, ponieważ wynika z konwencji ONZ o prawie morskim. Gwarantuje tzw. FONOP, czyli swobodę operacji morskich, żeglugi jednostek jakichkolwiek i skądkolwiek. W końcu przez obszar morza Południowochińskiego przechodzi światowy handel o wartości kilku bilionów dolarów rocznie. Okręt przepłynął, Chińczycy nie odpowiedzieli zapowiadanym kontratakiem.

Nie stało się nic poza tym powodzią wpisów w chińskich mediach społecznościowych pełnych nienawiści pod adresem Amerykanów. Wezwano na dywanik amerykańskiego ambasadora Maxa Baucusa, by wytłumaczył decyzję swojego rządu. Rzecznik MSZ
Pekinu, Lu Kang dał do zrozumienia, że Chiny nie będą tolerować podobnych akcji w przyszłości i nie pozwolą sobie na takie prowokacje. W odpowiedzi na to sekretarz obrony, Ash Carter stwierdził, że nie lubi posługiwać się wojenną retoryka i używać słownictwa nawiązującego do prowadzenia wojskowych operacji, ale w tym wypadku doniesienia dzienników oddają charakter tej misji w najbardziej dokładny sposób.

Nikomu zaognianie konfliktu między USA a Chinami nie jest na rękę. Cheong Wa Dae, Błękitny Dom, koreański odpowiednik Białego Domu z Waszyngtonu, nawołuje do załagodzenia sytuacji. Seul wolałby, żeby jedynym problemem, z którym trzeba sobie poradzić, pozostał wybór niefortunnego hasła dla turystów. Korea została oceniona na wysokim czwartym miejscu w najnowszej edycji rankingu Doing Business 2016 i nie chciałaby zepsuć pozytywnego klimatu wokół prowadzonych na morzu Południowochińskim interesów (30 proc. koreańskiego eksportu oraz 90 proc. importowanej do kraju energii przechodzi właśnie przez morze Południowochińskie). Dla  Seulu sojusz z USA jest kluczową gwarancją bezpieczeństwa wobec nuklearnego zagrożenia znad 38. równoleżnika, z kolei stosunki z Pekinem nigdy nie były lepsze niż wcześniej. Jeżeli spory terytorialne wezmą górę i dojdzie do eskalacji przy kolejnym pasażu amerykańskiego okrętu przez sporne rejony (Waszyngton już taki plan zapowiedział), nic nie wyjdzie ze spotkania Chin, Japonii i Korei zapowiedzianego na 2 listopada. Kraje mają wówczas wrócić po trzyletniej przerwie do trojstronnych rozmów, które zawieszono w 2012 przez... terytorialne spory.

>>> Chińczycy zainwestują miliardy w brytyjską elektrownię atomową

Chińskie okręty napędziły już Amerykanom stracha przed tygodniami, gdy krążyły w identycznej odległości 12 mil morskich od Aleutów na Alasce. US Navy nie drażniło Pekinu od trzech lat, ostatni manewr z użyciem swojej floty w okolicy Spratly wykonano w 2012 roku. Waszyngton twierdzi, że tego typu operacje staną się na spornym morzu czymś normalnym i ze nie może być mowy o żadnych prowokacjach, jednak wspominany Lu Kang z kamienną twarzą radził Amerykanom, by przypadkiem nie ośmieszyli się chcąc rzekomo przywołać do porządku jego kraj. Wówczas, jak przyznawał na wczorajszej konferencji prasowej, odpowiedź może być konkretna ze strony Chin.

Na razie po pierwszym od długiego czasu przepłynięciu w odległości 12 mil morskich, nie wydarzyło się nic niepokojącego aż tak bardzo, jak wcześniej zakładano. Okręt pokonał 115 km, dostał chiński cień w postaci dwóch jednostek marynarki dopiero, gdy zbliżył się na wspominany dystans. Nawiązano także bezpośredni kontakt pomiędzy mostkami dowodzenia wszystkich trzech okrętów. US Navy podkreśla jednak, że ruchy USS Lassen były śledzone przez Chińczyków przez ostatnie tygodnie. Amerykański niszczyciel gwoli wyjaśnienia stacjonuje na co dzień w japońskiej bazie w Yokosuce. Ma wyporność 9200 ton, na pokładzie pociski Tomahawk oraz 320 ludzi. Naprzeciw niemu oddelegowano niszczyciel Lanzhou (7000 ton, załoga 300, rakiety HHQ-9 i YJ-62) oraz fregatę Taizhou (1960 ton, 200 osób załogi, lżejsze uzbrojenie). Prezydent Obama zapowiedział koreańskiej pani prezydent, że liczy na stanowczość Seulu, jeżeli Chiny wymkną się nagle spod kontroli. Zarówno własnej jak i międzynarodowej. Sojusze między Pekinem, Seulem, Tokio, Waszyngtonem, Hanoi i Manilą muszą być pielęgnowane i nienarażane na szwank. Inaczej tak się dziwnie poukłada w ostatniej historii, że wybory z ostatniego weekendu października przyniosą jedynie negatywne konsekwencje