Scenariusz prognostyczny „Raportu o inflacji” od dłuższego czasu się nie zmienia. Od poprzedniej lipcowej projekcji nieznacznie obniżone zostały prognozy wzrostu PKB: do 3,4 proc. w 2015 roku (poprzednio 3,6 proc.), 3,3 proc. w 2016 roku (-0,1 pp.) oraz 3,5 proc. (-0,1 pp.) w 2017 roku. Nieznacznie obniżono też prognozy kształtowania się cen konsumpcyjnych, czyli inflacji CPI. W tym roku ma ona wynieść – 0,8 proc., w przyszłym 1,1 proc. (w lipcowej projekcji była mowa o 1,5 proc.), a za dwa lata 1,5 proc. (poprzednio 1,6 proc.).

Wzrost PKB ma bazować na rosnących wydatkach konsumpcyjnych i inwestycyjnych sektora prywatnego, przy ujemnym wkładzie eksportu netto. Konsumpcję prywatną ma wspierać dobra sytuacja na rynku pracy (spadek bezrobocia, przyspieszenie dynamiki wynagrodzeń). Także wzrost inwestycji utrzyma się na wysokim, przewyższającym PKB poziomie. Łyżką dziegciu w tej beczce miodu jest fakt, że – jak zauważył podczas prezentacji raportu prof. Andrzej Sławiński, dyrektor Instytutu Ekonomicznego NBP – inwestycje przedsiębiorstw mają tylko charakter odtworzeniowy i modernizacyjny. Nowych projektów nikt nie zaczyna w obawie przed spowolnieniem w światowej gospodarce.

>>> Czytaj też: OECD: Światowa gospodarka zwalnia. Powodem słabe wyniki w handlu

– Nasze prognozy wzrostu są nieznacznie wyższe od prognoz NBP, które powstały przy założeniu niezmiennej polityki monetarnej i fiskalnej. Również zakładamy minimalne spowolnienie w 2016 roku ze względu na niepewność w Chinach, ale i kalendarz wydawania środków unijnych w Polsce. Co do inflacji zakładamy, że już pod koniec przyszłego roku może ona być powyżej 1,5 proc. – mówi Piotr Kalisz, główny ekonomista banku Citi Handlowy.

– Jesteśmy większymi pesymistami niż ekonomiści NBP bo w przyszłym roku zakładamy wzrost PKB tylko o 3,1 proc. Wciąż widzimy problemy ze wzrostem w Europie, w tym w Niemczech po aferze Volkswagena, wciąż słabo będą sobie radzić rynki wschodzące. W sumie jednak nasza prognoza nie różni się wiele, także jeśli chodzi o dekompozycję PKB. Kluczową rolę odegra konsumpcja i wydatki infrastrukturalne. Nieźle będzie się miał też rynek pracy – przewiduje Ernest Pytlarczyk, główny ekonomista mBanku.

Ekonomiści NBP przewidują, że deflacja zostanie z nami do końca roku. Grudzień może być pierwszym miesiącem, w którym wskaźnik inflacji znajdzie się na plusie, ale cały rok zamknie się 0,8 proc. na minusie. Będzie to efekt silnego obniżenia cen ropy naftowej oraz wysokiej podaży produktów rolnych.

Jako źródło niepewności dla projekcji na pierwszym miejscu wymieniono przy okazji prezentacji raportu „niepewne perspektywy wzrostu gospodarczego w gospodarkach wschodzących, w szczególności w Chinach”. Wpływowi spowolnienia gospodarczego w Państwie Środka na gospodarkę światową i polską poświęcono też w raporcie osobną ramkę.

Faktem jest, że w ubiegłym roku wzrost gospodarczy Chin wyniósł tylko 7,3 proc. przy średniej 8,8 proc. w latach 2009-2014 i nawet 10,7 proc. w latach 2001-2008. Ma to znaczenie, bo w Chinach wytwarzane jest 16 proc. światowego PKB. Odpowiadają one również za 10 proc. światowego importu i 12 proc. światowego eksportu.

Ekonomiści NBP uspokajają, że „bezpośredni wpływ spowolnienia gospodarczego w Chinach na wzrost PKB w Polsce będzie prawdopodobnie bardzo ograniczony z uwagi na niewielki udział Chin w polskim eksporcie. W latach 2008-14 eksport polskich dóbr do Chin rósł średnio o 10,4 proc., jednak nadal stanowi ok. 1 proc. polskiego eksportu, a jedynie 13 proc. eksporterów sprzedaje swoje towary do Chin. Eksport do Chin jest silnie zdywersyfikowany i nie ma kluczowego znaczenia dla niemal żadnej z branż, a na rynku chińskim są obecne głównie duże polskie podmioty eksportujące również do innych krajów”.

Bardziej odczuwalny może być jednak wpływ pośredni. Spowolnienie wzrostu w Chinach może wywołać taką samą reakcję w Niemczech, a Niemcy są głównym odbiorcą towarów wytwarzanych przez polskie podmioty w ramach globalnych sieci produkcji. Najbardziej ucierpiałby wtedy przemysł samochodowy, części samochodowych oraz elektroniczny. Dodatkowo obniżka cen surowców przez zmniejszone zakupy Chin może „spowodować spadek rentowności polskiej branży wydobywczej, zwłaszcza górnictwa węgla kamiennego”.

>>> Czytaj też: Czy Polskę stać na szybszy wzrost gospodarczy?

Ten sam spadek cen surowców jednocześnie przyczyniał by się do wzrostu realnych dochodów do dyspozycji gospodarstw domowych, a także spadku kosztów produkcji.

– Samo spowolnienie Chin nawet do 4-5 proc. wzrostu PKB nie będzie dla Polski groźne. Ten kraj odbiera mniej polskiego eksportu niż Rosja przed kryzysem ukraińskim. Tego ostatniego praktycznie nie odczuliśmy, także i w przypadku negatywnych zdarzeń w Chinach polska gospodarka wyszłaby obronną ręką. Oczywiście zakładam, że nie dojdzie do bardzo twardego lądowania w Chinach, które zdestabilizowałoby rynki finansowe i gospodarki na całym świecie – uważa Piotr Kalisz.

– Zagrożenie związane z gospodarką Chin jest niedoceniane. Tam dzieją się rzeczy epokowe i nieudane przejście od produkcji do konsumpcji mogłoby mieć trudne do wyobrażenia skutki choćby dla kursu euro-dolara i dla niemieckiego terms of trade. Polska gospodarka jest zaś bardzo wrażliwa na koniunkturę w strefie euro i musiałaby to odczuć dużo silniej niż się teraz zakłada – uważa z kolei Ernest Pytlarczyk.