Ponieważ przyczyny tego trendu są strukturalne, należy się spodziewać jego kontynuacji w przyszłym roku. Czynnikiem zmniejszającym prawdopodobieństwo takiego scenariusza byłby globalny konflikt zbrojny.

Pod koniec 2014 roku wartość baryłki ropy naftowej Brent oscylowała wokół 50 dolarów. Amerykańskie WTI kosztowało około 40 dolarów. W ciągu mijającego 2015 roku cena surowca spadła do okolic 40 dolarów za baryłkę.

Za spadek odpowiedzialna jest nadpodaż na światowym rynku. Wydobycie w USA, krajach Bliskiego Wschodu i Rosji spotkało się z niższym od spodziewanego zapotrzebowaniem w Europie i Azji, szczególnie w Chinach, których wzrost gospodarczy spowalnia. W odpowiedzi nie doszło do ograniczenia podaży. Kartel OPEC, podobnie jak w 2014 roku, w minionym listopadzie nie zdecydował się na ograniczenie kwot eksportowych dla krajów członkowskich.

Trwa możliwa do zaobserwowania od końca zeszłego roku wojna cenowa. Kraje członkowskie nie prowadzą solidarnej polityki samoograniczania. Wolą walczyć między sobą o coraz bardziej wybrednego klienta. Wiedzą też, że wydobycia nie zamierzają ograniczyć główni rywale – USA i Rosja.

Liczą jednak na to, że spadająca cena ropy naftowej zmniejszy rentowność prac w Ameryce Północnej i stopniowo wyhamuje łupkową rewolucję, co już jest obserwowalne w spadającej liczbie wiertni w Stanach. Konsekwencją jest spadek dochodów ze sprzedaży ropy naftowej w krajach uzależnionych od handlu nią – petrostates. Rosja rozważa rewizję ustawy budżetowej, w której przewidywana, średnia cena ropy naftowej na przyszły rok to 50 dolarów za baryłkę.

Z problemami borykają się najbiedniejsi członkowie OPEC: Nigeria, Irak, Wenezuela. Mają je także najbogatsi, czyli kraje Zatoki Perskiej, na czele z prowodyrem wojny cenowej, czyli Arabią Saudyjską.

>>>Czytaj więcej: Nawet gdyby benzyna na świecie była za darmo, to Polacy płaciliby 3 zł za litr

W 2016 roku te trendy nie ulegną istotnej zmianie. Do peletonu eksporterów wróci być może Iran, co może się stać według przewidywań Międzynarodowej Agencji Energii od pół do roku po zniesieniu sankcji. Do tego może dojść zaś mniej więcej w połowie roku. Efekt Iranu dla rynku ropy może zatem pojawić się późno.

Kolejnym czynnikiem będzie liberalizacja eksportu ropy naftowej z USA. Senat zgodził się w grudniu 2015 roku na otwarcie sprzedaży surowca poza kraje posiadające strefę wolnego handlu z Amerykanami. To sposób na podwyższenie rentowności wydobycia w kraju, która spada ze względu na czynniki przedstawione powyżej. Według wyliczeń zwolenników liberalizacji nie przełoży się to na wzrost cen benzyny na stacjach, a zatem nie pozbawi USA premii do wzrostu gospodarczego z tytułu taniego tankowania.

Nie ma widocznej perspektywy zmniejszenia podaży na rynku. O cenie surowca w przyszłym roku może zatem zadecydować popyt. Chiny, choć ich zapotrzebowanie na ropę jest największe na świecie, nie zamawiają tyle ropy, by zdjąć nadwyżkę z rynku. Mogą to jednak zrobić, jeśli będą kontynuować politykę gromadzenia zapasów strategicznych, w celu zdyskontowania obniżki.

Za ropą naftową z pewnym opóźnieniem podąża gaz ziemny. Jego cena ulega mniejszym wahaniom, ale konsekwentnie spada. Rośnie ilość dostawców na rynku. Rośnie różnorodność oferty i popularność kontraktów krótkoterminowych na elastycznych zasadach. Czynnikami decydującymi o spadku wartości gazu, oprócz taniejącej ropy naftowej, która przekłada się na spadek wartości kontraktów długoterminowych uzależnionych częściowo od baryłki, jest małe zapotrzebowanie w Europie i Azji.

Zmusza ono gigantów, jak rosyjski Gazprom do rewizji planów wydobycia, które musi spaść w odpowiedzi na niemrawe zainteresowanie klientów. Presja cenowa poprawia kondycję klientów, którzy domagają się bardziej sprzyjających warunków w kontraktach. Chcą obniżenia ilości gazu objętego przymusem opłacenia w ramach klauzuli take or pay. Szukają krótkoterminowych umów na małe ilości, co z kolei zwiększa popularność LNG oferowanego na takich warunkach.

Ceny w nich są coraz częściej indeksowane do giełd gazu w Europie i USA, a coraz rzadziej do ropy naftowej. Gaz skroplony staje się coraz bardziej konkurencyjny do tego z gazociągów także z tego względu, że Japonia ogłosiła w 2015 roku powrót do energii atomowej, co oznacza, że ten największy importer LNG na świecie zmniejszy zamówienia. Z tego powodu ceny surowca w Azji pikują, a eksporterzy interesują się coraz bardziej rynkiem europejskim, którego atrakcyjność rośnie ze względu na potencjalnie wyższe ceny dostaw i zapotrzebowanie.

W 2016 roku należy spodziewać się kontynuacji tego trendu. Podaż gazu rośnie, a popyt podąża za nią zbyt wolno. Rośnie także dostępność alternatywnych ofert. W tym okresie ma dojść do przedstawienia nowej polityki rozwoju sektora LNG w Europie. Być może zakończy się też śledztwo antymonopolowe Komisji Europejskiej przeciwko Gazpromowi. Jeżeli w ich skutek dojdzie do wzmocnienia pozycji klientów w relacjach z największymi dostawcami, to należy się spodziewać dalszej poprawy oferty cenowej oraz ilości ofert. Jeżeli jednak, ze względu na tanią ropę naftową, tradycyjni dostawcy, jak Rosjanie i Norwedzy, będą w stanie zaoferować atrakcyjne warunki, może dojść wbrew woli części zwolenników rozwoju rynku gazu, do zakonserwowania ich pozycji, a nie strącenia ich z pantałyku.

Duże znaczenie będzie miała perspektywa uruchomienia dostaw LNG z USA, oraz warunki, na jakich będą się one odbywały. Pierwsze kontrakty mają zostać uruchomione na początku 2016 roku.

Podsumowując, mijający rok był okresem stopniowej wzmocnienia pozycji kupców węglowodorów. Konsekwencją jest osłabienie roli dostawców, którzy ze względu na demokratyzację dostępu do ropy i gazu ziemnego, muszą bardziej starać się o klienta. W nadchodzącym roku należy spodziewać się kontynuacji tego trendu. Do tej pory przełamywał on – zazwyczaj skutkujący wzrostem cen – czynnik geopolityczny.

Rosnące napięcie na Ukrainie, w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie nie zdołały zahamować spadku cen. Należy przypuszczać, że pogorszenie sytuacji w tych regionach mogłoby jednak w końcu zatrzymać upadek wartości baryłki. Podobny efekt może mieć przewlekły kryzys dostaw węglowodorów, na przykład przez terytorium Ukrainy. Jednakże ze względu na rosnącą dostępność surowca na rynkach, ten czynnik ma coraz mniejsze znaczenie. Niewiadomą pozostaje rozwój sytuacji na Bliskim Wschodzie. Jeżeli region stanie się Bałkanami nowej wojny światowej, należy się spodziewać wzrostu cen surowca.

Chociaż teoretycznie miałby on korzystny wpływ na sektor wydobywczy, to generalnie zadziałałby negatywnie na wszystkie sfery życia gospodarczego i społecznego. Takiego scenariusza nie należy wykluczyć, ale w przeddzień Nowego Roku warto życzyć, aby się nie spełnił.