W tym roku liczba bankructw zmniejszyła się w porównaniu z poprzednim o 10 proc. To lepiej niż w 2014 r., gdy spadek był 7-proc.

Potwierdziły się więc prognozy, że mijający rok będzie okresem stabilnego wzrostu gospodarczego, a co za tym idzie, dalszej poprawy płynnościowej firm po trudnych latach kryzysu. Przedsiębiorstwa korzystają na rosnących wydatkach gospodarstw domowych.

Ale też na rynku pracy jest coraz lepiej: rosną wynagrodzenia, spada bezrobocie, a deflacja mrozi ceny. Firmy inwestują i zwiększają moce wytwórcze. Przykładem jest branża spożywcza. Jak informuje Anna Kitala, analityk BGŻ BNP Paribas, tylko w I półroczu 2015 r. wydała na inwestycje 2,96 mld zł, o 350 mln więcej niż przed rokiem. W efekcie nakłady sektora mogą w tym roku zbliżyć się do 8 mld zł (7,5 mld zł w 2014 r.). Do realizacji projektów skłaniają je sukcesy osiągane za granicą: dynamika eksportu branży przekracza tempo wzrostu całej gospodarki. Po dziesięciu miesiącach wartość handlu zagranicznego branży wyniosła 148 mld euro, co oznacza wzrost o 7 proc. wobec 2014 r.

Co ciekawe, wskaźniki rentowności sprzedaży i obrotu wielu firm wciąż są na poziomach niższych od ubiegłorocznych. To zasługa przedłużającej się deflacji i spowolnienia w dużych gospodarkach rozwijających się, co utrudnia wymianę handlową. Problem niewypłacalności narasta głównie w średniej wielkości firmach. Przedsiębiorstwa z obrotami od 5 do 50 mln zł stanowią 60 proc. bankrutów, czyli o 4 pkt proc. więcej niż w 2014 r. i o 8 pkt proc. więcej niż w 2011 r. Małe podmioty z obrotem do 5 mln zł są na drugim miejscu (32 proc.).

>>>Czytaj więcej: Objedziemy wschód i Wybrzeże. Oto plany budowy dróg na 2016 rok [MAPA]

Tych ostatnich przybyło w rok o 1 pkt proc., ale ubyło na przestrzeni ostatnich czterech lat o 10 pkt proc. Najmniejszą grupę bankrutów (7 proc.) stanowią przedsiębiorstwa duże, generujące powyżej 50 mln zł obrotu rocznie. Jest ich prawie dwa razy mniej niż rok temu i niemal tyle samo co w 2011 r.

Z problemem niewypłacalności wciąż w największym stopniu zmaga się sektor produkcyjny, w którym upadło 228 firm. Ale to wynik o 4 proc. lepszy niż w 2014 r. Zresztą sytuacja w poszczególnych branżach sektora jest zróżnicowana. Największy wzrost upadłości notowany jest wśród producentów mineralnych surowców niemetalicznych, do których zaliczani są też producenci materiałów budowlanych.

Choć w budownictwie się poprawiło – w tym roku upadło 160 firm, o 5 proc. mniej niż w zeszłym, jednak opóźnienia płatnicze i niska płynność finansowa źle wpłynęły na sytuację kooperantów. – Przeciętny spływ należności w branży następuje obecnie po 60–65 dniach. Najlepiej płaci segment budownictwa mieszkaniowego, w którym opóźnienia wynoszą 35 dni. W budownictwie infrastrukturalnym jest to 40–41 dni. Najdłuższe terminy płatności, przekraczające 70 dni, występują w budownictwie specjalistycznym – wynika zdanych firmy Euler Hermes.

Lepiej jest też w branży handlowej, w której liczba bankrutów spadła o 16 proc. do 170. Sytuacji tej sprzyjają wyższe wydatki gospodarstw domowych. Jak podkreśla Andrzej Faliński, dyrektor generalny Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji, branża nadal od czuwa przedłużający się okres deflacji cen, który w obliczu dużej konkurencji na rynku nie pozwala zwiększać marż. – W rezultacie większa sprzedaż nie jest widoczna w wyniku finansowym – dodaje.

>>>Czytaj więcej: Dla białoruskiej gospodarki 2015 rok to okres straconych szans

Branżą, która nadal dołuje, jest transport. W sektorze zbankrutowało ponad 40 firm, czyli o 11 proc. więcej niż rok temu. W dodatku dzieje się tak mimo splotu kilku pozytywnych czynników – ożywienia gospodarczego w strefie euro, spadkom cen ropy czy historycznie niskiego oprocentowania wpływającego na niski koszt finansowania kredytem i leasingiem.

Z drugiej jednak strony – jak wielokrotnie powtarzał Maciej Wroński, prezes Stowarzyszenia TLP – branża musiała się zmierzyć z istotnym spadkiem frachtów w kierunku wschodnim w wyniku konfliktu między Rosją a Ukrainą, niższym popytem ze strony wpadającej w recesję gospodarki rosyjskiej, objęciem niemieckimi przepisami o minimalnym wynagrodzeniu polskich przewoźników czy rosnącą konkurencją ze strony nowo powstających firm. I jak widać, nie wszystkim się to udało, czego dowodem jest rosnąca wartość zadłużenia w transporcie. Do września według wyliczeń Trans-Inkasso wynosiła 71 mln zł. – Obecnie jest to już ponad 80 mln zł – komentuje Magdalena Baranowska z Trans-Inkasso.