Gdy przed kilkoma tygodniami zapytaliśmy Witolda Waszczykowskiego, czy – biorąc pod uwagę niską wiarygodność Mińska – w ogóle jest sens spotykać się z białoruskimi władzami, odparł, że sąsiedzi mają o czym z nimi rozmawiać. Wczoraj i dziś szef MSZ sprawdza to osobiście. Polski minister gości na Białorusi po raz pierwszy od 2010 r. Wizyta jest elementem zapowiadanego przez PiS nowego otwarcia w polskiej polityce wschodniej. Otwarcia, które – jak zakładali nowi decydenci – będzie o tyle łatwiejsze, że nie są oni obciążeni bagażem poprzedniej ekipy.

– Dotychczasowa polityka wobec Białorusi była rzucaniem się od ściany do ściany. Uważam, że należy stosować metodę małych kroków i starać się posuwać sprawy naprzód – mówił DGP w lipcu 2015 r. doradca ówczesnego prezydenta elekta Krzysztof Szczerski. Prezydencki minister krytykował w ten sposób szefa MSZ z czasów rządów PO Radosława Sikorskiego. Przed grudniem 2010 r. minister był zwolennikiem otwarcia na władze w Mińsku. Wspólnie ze swoim niemieckim kolegą, zmarłym niedawno Guido Westerwellem, oferował Alaksandrowi Łukaszence 3 mld euro w zamian za swobodne wybory.

Gdy jednak okazało się, że Łukaszenka wybrał bogatszą ofertę Moskwy, sfałszował wybory i spacyfikował opozycję, Warszawa znalazła się w awangardzie zwolenników wprowadzenia na Białoruś ostrych sankcji. Tutaj też ponieśliśmy porażkę. Sankcje co prawda rozszerzono, ale ich sednem były ledwie zakazy wjazdowe dla urzędników. Nie udało się przekonać unijnych przywódców do zdecydowanego uderzenia w gospodarkę, choćby takiego, jakie po aneksji Krymu wprowadzono wobec Rosji.

Sikorski stał się tymczasem negatywnym bohaterem propagandy. Prezydencka „Sowietskaja Biełorussija. Biełaruś Siegodnia” oskarżyła ministra o próbę zorganizowania zamachu stanu w grudniu 2010 r. Taka była oficjalna interpretacja wybicia przez tłum szyb w siedzibie rządu w powyborczą noc, co posłużyło jako pretekst do stłumienia protestów i wzmożenia represji. Ostatnich dekabrystów, jak nazwano więźniów politycznych z tamtego okresu (diekabr to po rosyjsku grudzień, a nazwa kojarzy się też z antycarskimi powstańcami z 1825 r.), Łukaszenka wypuścił na wolność w przededniu wyborów prezydenckich 2015 r.

>>> Czytaj też: Jak uratować demografię w Polsce? Doskonały przykład idzie ze Wschodu

Był to ostatni akt przygotowań do odwilży, o którą Mińsk starał się co najmniej od 2012 r. Wówczas po europejskich stolicach zaczęła jeździć wiceszefowa MSZ Alena Kupczyna. W kwietniu 2013 r. na Białoruś przyjechał szef MSZ Łotwy Edgars Rinkevičs. To była pierwsza taka wizyta od stłumienia protestu dekabrystów. Polskie władze uznały, że w kontekście pękających lodów także Warszawa powinna zmienić podejście. Zwłaszcza że po konferencjach mińskich w sprawie Ukrainy zaangażowany w proces pokojowy Łukaszenka przestał być traktowany jako europejski wyrzutek. Jak mogłyby wyglądać relacje polsko-białoruskie? – Coś między wielkim przełomem a chłodną izolacją – mówił nam Szczerski.

– Przyjechałem tu przeprowadzić merytoryczne rozmowy bez stawiania warunków wstępnych – mówił Waszczykowski wczoraj po spotkaniu ze swoim białoruskim odpowiednikiem Uładzimierem Makiejem. – Dobrą zmianą byłoby doprowadzenie do ratyfikacji umowy o małym ruchu granicznym. To by świadczyło, że jest gotowość do pozytywnego działania. Skoro nie ma szans na przełom ogólnopolityczny, taki pomniejszy też byłby ważny – tłumaczył nam w ubiegłym roku Krzysztof Szczerski.

Mały ruch graniczny w 2010 r. został uzgodniony, podpisany, a następnie ratyfikowany, jednak strona białoruska nigdy nie notyfikowała ratyfikacji umowy. Oficjalnie mówi się o niedostatecznej infrastrukturze przejść granicznych i chęci zapobieżenia wzrostowi importu z Polski. Makiej w rozmowie z DGP z 2013 r. sugerował jednak, że sprawa ma komponent polityczny. – Nie chciałbym, by umowa doprowadziła do chaosu na granicy. Z drugiej strony rozpatrujemy tę kwestię także w ogólnym kontekście naszych stosunków – podkreślił.

– Istnieją możliwości sfinansowania wydatków na infrastrukturę graniczną. Korzyści z uproszczenia ruchu przygranicznego dla obywateli i gospodarek będą odczuwalne po obu stronach granicy – przekonywał Waszczykowski w rozmowie z portalem Tut.by. W pierwszym półroczu 2015 r. Białorusini wydali w polskich sklepach ok. 1 mld zł. Sklepy w okolicach Białegostoku żyją w znacznej mierze dzięki przyjezdnym. Jeśli mieszkańcy Grodna i Brześcia nie będą potrzebować wiz, ruch jeszcze wzrośnie.

Polska liczy też na pomoc w uzyskaniu białoruskiej listy katyńskiej, czyli spisu Polaków pomordowanych przez NKWD na terenie Białoruskiej SRR. Oficjalnie władze zaprzeczają, jakoby taka lista w ogóle istniała. Nieoficjalnie wysyłają sygnały, że jest inaczej. – W naszych archiwach listy katyńskiej nie ma. Z drugiej strony w Niemczech odnaleziono właśnie obrazy zrabowane z Polski. Może więc i ta lista gdzieś się zapodziała – mówił nam Makiej. Za pozytywny sygnał uznano przekazanie Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego w listopadzie 2015 r. przez białoruski KGB listy miejsc, w których przetrzymywano polskich jeńców.

Do załatwienia pozostaje sprawa Związku Polaków na Białorusi, który od dekady ma dwa, uznawane odpowiednio przez Mińsk i Warszawę, zarządy, co paraliżuje pracę oświatową i kulturalną wśród polskiej mniejszości. Oraz rejestracja Biełsatu, białoruskojęzycznego kanału TVP. Bez rejestracji dziennikarze stacji są narażeni na wysokie grzywny.

O to, czego oczekuje Mińsk, poza niemożliwą do zaoferowania rezygnacją ze wsparcia społeczeństwa obywatelskiego, pytaliśmy liberalnego politologa Dzianisa Mieljancoua. – Zaangażowania Unii w projekty transgraniczne i pomocy finansowej – odpowiedział. Z kolei prorządowy analityk Siarhiej Kizima podkreślał zwłaszcza zainteresowanie inwestycjami. – Chciałbym, żeby Polska była dla Białorusi tym, czym dla Polski w latach 90. były Niemcy – źródłem kapitału i nowych technologii, które mogą się okazać motorem szybkiego rozwoju. Rosja nam tego nie zapewni. Ale inicjatywa należy do Polski – mówił Kizima.

Po dwudniowej wizycie Waszczykowskiego trudno oczekiwać przełomu. Początkowo planowano oficjalną, wspólną wizytę polskiego ministra z szefem MSZ któregoś z państw skandynawskich. Skończyło się na wizycie roboczej. Do zamknięcia tego numeru DGP nie było nawet wiadomo, czy polski dyplomata zostanie przyjęty przez prezydenta Łukaszenkę. Podobnie jak w przypadku Sikorskiego, wielkie plany okazały się zbyt ambitne i trzeba je było weryfikować. Nie wróży to zbyt dobrze na przyszłość.

>>> Czytaj też: UE zniosła sankcje wobec Białorusi. W co tak naprawdę gra Bruksela?

Jest co poprawiać w relacjach z Ukrainą

Odwilż w relacjach z Rosją, którą rząd Donalda Tuska prowadził po 2009 r., była jedną z przyczyn ochłodzenia stosunków z Ukrainą. Tamtejsi politycy zaniepokoili się już rok wcześniej, gdy Tusk po objęciu urzędu poleciał do Moskwy, zanim odwiedził Kijów. Z drugiej strony postępowi relacji nie sprzyjała zmiana władzy na Ukrainie. Polscy politycy nie mieli dobrych kontaktów w obozie Wiktora Janukowycza, a stopniowa kleptokratyzacja jego władzy nie zachęcała do ich budowy.

I choć minister Sikorski odegrał rolę podczas ostatniego Majdanu, gdy firmował swoim podpisem zerwane potem porozumienie między władzami i opozycją, to po 2013 r. natychmiastowa poprawa stosunków bynajmniej nie nastąpiła. Choć Polska zdecydowanie wsparła Ukrainę w sprawie Krymu i Zagłębia Donieckiego, zażenowanie nad Dnieprem wzbudziły słowa premier Ewy Kopacz o „zamknięciu się w domu i ochronie dzieci” w kontekście ewentualnej sprzedaży broni na Ukrainę.

Po zmianie władzy także rozpoczęto od faux pas: ogłoszenia planu spotkania Petra Poroszenki z prezydentem elektem Andrzejem Dudą, do którego ostatecznie nie doszło. Złe wrażenie starano się zatrzeć w grudniu 2015 r., gdy Duda poleciał do Kijowa. – To koniec pauzy w naszym dialogu politycznym – mówi Kostiantyn Jelisiejew, wiceszef administracji Poroszenki. Podczas wizyty obiecano rozbudowę transgranicznej infrastruktury energetycznej i ogłoszono wartą 1 mld euro pożyczkę swap między bankami centralnymi. Prezydenci patronują też dialogowi historycznemu, zwłaszcza w kwestii wołyńskiej. Niechęć Ukrainy do wzięcia odpowiedzialności za zbrodnię jest wykorzystywana przez rosyjską propagandę. Mimo to Kijów czyni gesty nieprzystające do polskiej wrażliwości, jak zapowiedź kryminalizacji krytyki UPA, przyjęta uchwałą parlamentu w dniu wizyty prezydenta Komorowskiego. Uchwała ma zostać znowelizowana, ale prace nad poprawkami się przedłużają.