Rząd finiszuje z projektem ustawy budżetowej na 2017 r. Jeszcze dziś mogą nastąpić ostateczne korekty w projekcie, który do końca miesiąca ma trafić do Sejmu. Na przykład resort kultury wnioskuje o dodatkowe 20 mln zł z przeznaczeniem na dotację na prace remontowo-konserwatorskie przy zabytkach, o 10 mln zł z przeznaczeniem na współprowadzenie samorządowych instytucji kultury czy o 8 mln zł na wsparcie działalności historycznej i rocznicowej muzeów. Większy apetyt ma Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego. – To duża kwota, chcemy wzmocnić strategię Gowina (rozwój nauki i uczelni – red.) – mówi Katarzyna Zawada, rzeczniczka resortu, ale nie chce powiedzieć, o jakie pieniądze chodzi.

W kolejce stoją także inne resorty, m.in. edukacji czy obrony narodowej, ale one także nie chciały informować, o jakie kwoty chcą rzutem na taśmę zwiększyć swoje wydatki. Samo ich zwiększenie na poszczególne cele może się odbyć głównie przez wewnętrzne przesunięcia w projekcie, bo już teraz jest on dość napięty. Projekt przewiduje wydatki na poziomie 383 mld zł, a dochody w kwocie 324 mld zł. Deficyt ma wynieść 59,3 mld zł. Choć pojawiły się pewne luzy. Na przykład wydatki na emerytury i renty w przyszłym roku będą niższe, niż planowano wcześniej, bo wprawdzie została wprowadzona nowa waloryzacja mieszana o co najmniej 10 zł i podwyżka minimalnych emerytur do 1 tys. zł, ale z drugiej strony nie będzie planowanych wcześniej jednorazowych dodatków dla emerytów i rencistów.

Żądania ministerstw to tylko jeden z kłopotów, z jakimi musi uporać się resort finansów.

Co z dochodami?

Drugi to potencjalne luki w dochodach. I nie chodzi tylko o zaplanowane wpływy z tzw. poprawy ściągalności podatków (w samym VAT to dodatkowo około 8 mld zł), ale też o prognozę dochodów z podatku handlowego. Jako wpływy z niego rząd wpisał do planu 1,6 mld zł. Pobór został zawieszony po tym, jak Komisja Europejska w poprzednim tygodniu zakwestionowała konstrukcję daniny i wszczęła postępowanie w jego sprawie. Ministerstwo Finansów nie zgadza się z tym stanowiskiem, ale zdecydowało się rozpocząć prace nad nowymi regulacjami, które miałyby obowiązywać od początku przyszłego roku. Choć nie są znane jeszcze szczegóły nowego projektu (być może będzie on gotowy dopiero w listopadzie), prognozę wpływów z podatku handlowego resort utrzymał na tym samym poziomie. Brak pieniędzy z nowej daniny dodatkowo utrudniłby realizację innego założenia MF, czyli utrzymania deficytu sektora rządowego i samorządowego poniżej 3 proc. PKB. Mimo oczekiwań innych resortów i napiętych wydatków (przez pełen rok będzie działał program „Rodzina 500 plus”, a pod koniec roku ma zostać obniżony wiek emerytalny) ministerstwo przyjęło kryterium fiskalne z Maastricht jako ostateczną granicę dla poziomu deficytu. Ekonomiści wątpią w powodzenie planu, zwracają uwagę, że nie tylko opiera się on na zwiększeniu ściągalności podatków, ale zakłada też utrzymanie nadwyżki w samorządach, co byłoby równoznaczne m.in. z inwestycyjnym zastojem. Ale do końca go nie przekreślają. Ministerstwu Finansów zbieranie dochodów w tym roku idzie coraz lepiej, wpływy z głównego źródła, jakim jest VAT, są większe niż rok temu (po sierpniu o 7,4 proc. w porównaniu z ubiegłym rokiem). Resort może pochwalić się pierwszymi sukcesami w poprawie ściągalności: branża paliwowa informuje, że w sierpniu, po wprowadzeniu tzw. pakietu paliwowego, wzrosły legalne obroty paliwami. Według danych Polskiej Organizacji Przemysłu i Handlu Naftowego popyt na benzynę był większy o 15 proc. rok do roku, a na olej napędowy o 16 proc. To pokazuje, że na pewno w tym roku deficyt budżetowy będzie dużo niższy niż założone w ustawie 54,7 mld zł.

Ostatni budżet ministra?

Wszystko wskazuje, że to ostatni budżet, w którym tak dużą rolę odgrywa minister finansów. Premier Beata Szydło ma bowiem wkrótce poinformować o zmianach w rządzie. Jak wynika z nieoficjalnych wiadomości, w grę wchodzą trzy rozwiązania. Pierwsze to czasowe przejęcie obowiązków szefa resortu finansów przez wicepremiera Mateusza Morawieckiego, co wiązałoby się z dymisją Pawła Szałamachy. Drugie to powstanie Komitetu Ekonomicznego Rady Ministrów, którego szefem byłby Morawiecki. Takie ciało nie zastąpiłoby obecnego Stałego Komitetu Rady Ministrów, który opiniuje wszystkie sprawy, zanim trafią pod obrady Rady Ministrów, a powstałoby na wzór Komitetu do spraw Europejskich. Do kompetencji takiego komitetu należałoby wstępne opiniowanie projektów ustaw i rozporządzeń dotyczących spraw gospodarczych i finansowych czy mających poważne konsekwencje dla finansów publicznych. W takim przypadku resort pozostałby w obecnym kształcie. Możliwe, że także z obecnym szefem, ale jego pomysły czy zastrzeżenia natrafiałyby na filtr w postaci komitetu.

Wreszcie trzecie, najmniej prawdopodobne rozwiązanie, to okrojenie resortu finansów i przyłączenie jego części do resortu rozwoju lub kancelarii premiera. Wszystkie propozycje w znaczący sposób wzmacniają pozycję wicepremiera Mateusza Morawieckiego, który ma dostać instrumenty, by szybko pokazać, że jego plan przynosi efekty.

Pytanie, jakie będą ich skutki dla finansów publicznych? Morawiecki deklaruje w swoim planie konieczność nieprzekraczania bariery 3 proc. deficytu sektora finansów publicznych, ale pierwsze i ostatnie rozwiązanie grozi zmarginalizowaniem zasadniczej roli, jaką odgrywa dziś minister, czyli stania na straży deficytu sektora finansów publicznych. W przypadku drugiego rozwiązania głos ministra będzie słabszy niż dziś, ale nadal słyszalny. ⒸⓅ