Można oczywiście popaść w zachwyt nad stoma tysiącami protestujących w ramach strajku kobiet. Że to nowa siła polityczna. Że w kilka dni zmobilizowała się ogromna masa kobiet (i trochę mężczyzn) z całej Polski. Że udało się doprowadzić do odrzucenia projektu prawa, który wywołał ogromny opór społeczny. Sto tysięcy osób na demonstracjach w całym kraju to wynik zaskakująco dobry. Przyznam, sama spodziewałam się o wiele gorszego. PiS błyskawicznie wycofał się z zaostrzenia przepisów (nie ma co udawać, że to był projekt obywatelski, choć taki „przekaz dnia” od poniedziałku starają się podawać „Wiadomości”), a premier Szydło oficjalnie zrugała ministra Waszczykowskiego. To wszystko wygląda na jakiś tam sukces. Ale czy realnie poprawi sytuację kobiet? Czy spowoduje, że inaczej zacznie się patrzeć na feminizm i jego rolę w kształtowaniu nowoczesnego społeczeństwa? Czy wreszcie same kobiety masowo i powszechnie zaczną interesować się tym, jak wygląda ich pozycja w systemie prawnym i czy można ją poprawić?

Przykro mi bardzo, ale nie sądzę.

Czarne i białe

Wiadomości TVP, 3 października, czyli w dniu strajku, pokazały dwa materiały o kobiecych protestach. W pierwszym uczestniczki czarnego protestu były głośne, niosły przynajmniej częściowo wulgarne hasła i oczywiście były ubrane na czarno, a nawet miewały na czarno pomalowane usta.

W drugim działaczki ruchów pro-life, choć próbowano podkreślać także masowość ich wystąpień, były przede wszystkim spokojne, delikatne, kobiece i ubrane, jeżeli nie na biało, to w jasne kolory.

Zderzenie tych dwóch koncepcji kobiecości jest banalnie proste do rozszyfrowania. „Latte-feministki”, o których pisałam w Magazynie DGP tydzień temu, tym razem w społecznej świadomości zastąpiły „żelazne waginy”, z czarnym makijażem i z wyciągniętym w stronę kamery środkowym palcem.

Żeby była jasność: rozumiem, dlaczego kolor czarny i ostre hasła. Ale tego wcale nie muszą rozumieć inni. Dla nich to będzie oburzające, bo np. uczestniczki protestu blokowały przejście do Zamku Królewskiego kombatantom i ich bliskim, a na zamku miał się odbyć specjalny koncert dla powstańców. Będzie niezrozumiałe, bo jak to możliwe, że dla politycznych rozgrywek kobiety wzięły w pracy wolne i jeszcze miały czas iść protestować w strugach deszczu? A może dały się wykorzystać jako przykrywka dla innych, o wiele groźniejszych zamierzeń rządu? Na przykład podpisania umowy CETA? Umowy, którą mimo starań wielu aktywistów wskazujących, jakie zagrożenie niesie, przez miesiące nikt specjalnie się nie interesował, a tu nagle zaczęli o niej mówić nawet celebryci? Jak by nie było, wniosek jest jasny: kobiety dają się wodzić za nos spin doktorom politycznym.

Test Szczygła

Zaczynają się jednak pojawiać pierwsze wyrwy w tym negatywnym wizerunku feminizmu. Dwa lata temu w wywiadzie dla Gazety.pl projektantka i właścicielka firmy Joanna Przetakiewicz mówiła tak: „Jestem kobietą, która kocha kobiecość. Feminizm czy gender mnie nie interesują. Na pewno nie chciałabym, żeby kobiety stały się zbyt androgeniczne. Kobiety na pewnym poziomie cywilizacyjnym wiedzą, że aby udowodnić swoją siłę, nie muszą chodzić w garniturze, krótkich włosach i na płaskim obcasie. Ja ze swojej kobiecości nigdy nie zrezygnowałam i nie zamierzam”. Wywiad ilustrowały jej zdjęcia w białej bluzce z lekkim, delikatnym uśmiechem. Przed kilkoma dniami Przetakiewicz wrzuciła jednak smutne zdjęcie w czarnym golfie z opisem: „Protestuję jako mama trzech synów... To potworność skazywać nienarodzone dzieci na cierpienia, kalectwa i choroby. Nie ma nic ważniejszego na świecie niż zdrowie! To nieludzkie odbierać nam możliwość leczenia w trakcie ciąży i decydowania o losach naszych i naszych dzieci. Nie mogę uwierzyć, że to się dzieje!”.

Czyżby sukces? Czyli feministki już nie są antykobiece?

Mariusz Szczygieł na Facebooku opublikował mały test na bycie feministką. W 10 punktach zadaje m.in. takie pytania: Czy to dobrze, że kobieta nie jest własnością ojca, męża, brata i może sama podejmować decyzje dotyczące jej życia? Czy jesteś za tym, by kobieta mogła wejść do kawiarni z pomalowanymi na czerwono ustami? Czy to dobrze, że stara panna nie musi iść już do klasztoru, żeby pozbyć się wstydu, że „nikt jej nie chciał”? Czy to dobrze, że powiedzenie „Najlepsi przyjaciele człowieka to pies i kobieta” jest uważane za obciachowe, poniżające i niedopuszczalne?

I na koniec tłumaczy: „Jeśli na każde z tych pytań odpowiedziałaś »tak«, nie chcę Cię martwić, ale jesteś feministką. Wszystkie te prawa kobiet zostały osiągnięte dzięki feminizmowi”.

„Nie chcę Cię martwić, ale jesteś feministką”. Wciąż tak właśnie trzeba to tłumaczyć nawet samym kobietom.

Todd Akin w Polsce by wygrał

Socjologicznie nie mniej ciekawe niż sam strajk kobiet są reakcje na niego. W ogromnej części artykułowane głośno, publicznie, pod nazwiskiem, często gęsto znanym. Reakcje wstrząsające, które trudno zaakceptować. Bo czyż w 2016 r., gdy lada moment minie sto lat od przyznania kobietom praw wyborczych, ćwierć wieku od dekomunizacji i gdy rządzi trzecia kobieta premier, naprawdę normą jest stwierdzanie, że kobieta domagająca się poszanowania prawa do aborcji po prostu się puszcza czy, delikatniej mówiąc, „daje”?

Czy w ramach społecznej normy są komentarze (i to ze strony tzw. inteligencji, czyli pisarzy czy publicystów) odnośnie wieku i urody kobiet, którym odmawia się praw, bo są za stare, za grube i za brzydkie? Czy normą jest wygłaszanie opinii, że zgwałcone kobiety są w takim stresie, że rzadko dochodzi do zapłodnienia?

I wreszcie czy normą jest społeczna reakcja na takie wypowiedzi?

Owszem, przetoczyło się po każdej z nich mniejsze lub większe oburzonko, ale spokojnie: minie kilka miesięcy i zapomnimy, co mówił poseł na Sejm RP, autor powieści fantasy, minister spraw zagranicznych czy arcybiskup. Oni w najlepszym przypadku od niechcenia przeproszą za emocjonalne słowa, ale w żaden konkretny sposób nie poniosą za nie kary. Zapomnimy, bo będą kolejne ostre cytaty. Pamiętacie, jak gromy spadały na Andrzeja Leppera za podśmiewywanie się z „gwałtu na prostytutce”? Według dzisiejszych standardów to naprawdę nie było nic specjalnie zdrożnego.

Lubimy powtarzać, że tak jest na całym świecie, ale to nieprawda. Znajomy przypomniał mi taką historię. W Stanach Zjednoczonych w wyborach do senatu w stanie Missouri w 2012 r. kongresmen Todd Akin, będący faworytem republikanów do przejęcia fotela po demokratach i tym samum odzyskania przez prawicę większości w wyższej izbie Kongresu, w czasie kampanii stwierdził, że zgwałcona kobieta prawie nigdy nie zachodzi w ciążę. I... dokonał politycznego samobójstwa. Serio! Nie tylko spadły na niego gromy ze strony przeciwników, ale i sami republikanie odwrócili się od Akina, odcięli mu finansowanie. W efekcie sromotnie w Missouri przegrali.

Czyli jednak można takie sprawy załatwiać inaczej.

Parasolki w dłoń

W takiej sytuacji raczej nie ma co się dziwić, że sformułowania „nie chcę Cię martwić, ale...” używa się, by zakomunikować kobietom, że to nie wstyd być feministką. Ale jak ma nie przynosić, jeśli reakcją na deklarację feminizmu jest albo pobłażliwe uznanie, że kobieta dała się wciągnąć w polityczne gierki, których nie rozumie, albo wyzwiska od „nazifeminizmu”, tudzież lub wręcz równolegle od „komunofeminizmu”. No, ostatecznie uznanie, że to taka „zabawa”.

Czy więc z „protestu parasolek” rzeczywiście zrodzi się ruch pod hasłem „Beato, niestety, ten rząd obalą kobiety”? Czy kobiecy ruch może mieć dziś realny wpływ na rząd, bez względu na jego polityczną orientację?

Przykro mi bardzo, ale nie sądzę.

Mamy już doświadczenie z nieudanym konceptem sprzed dekady, czyli sztucznym tworem, jakim była partia Polska jest Kobietą”. Z drugiej strony najbardziej prokobiece gesty z ostatnich lat to program 500+ i decyzja o tym, by jednak obniżyć wiek emerytalny kobiet do 60. roku życia. Czyli decyzje obecnego, konserwatywnego rządu. To one mają i będą miały decydujący wpływ na życie większości kobiet.

Nagły zryw, choćby i dotyczył w mniejszym lub większym zakresie 148 miast i miasteczek, ma nikłą szansę na powodzenie. Jak pisałam, tak powtarzam: Siostry, przez lata zadbałyśmy o to, by nie było szansy na faktyczny silny kobiecy ruch w Polsce.

Być może teraz mamy szansę, by zacząć go budować. Warto zacząć od przyznania przed samą sobą, że bycie feministką nie musi być obciachem. ⒸⓅ